Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 742 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Droga do szczęścia - fałszywa prawda

niedziela, 01 lutego 2009 13:04
Naprawdę nie wiem skąd u polskich dystrybutorów takie zamiłowanie do nieszczęśliwych tłumaczeń dobrych amerykańskich tytułów. „Droga do szczęścia" ma być polskim odpowiednikiem oryginalnego „Revolutionary Road" - inne znaczenie, inna intencja, inny klimat, inny diapazon. To tak jakby ta truflę powiedzieć: grzyb! Stanowczo język giętki opuścił na chwilę tłumacza...


Ten fałsz dotyczący tytułu paradoksalnie dobrze określa jednak główny problem filmu: fałszywą prawdę w artystycznie efektownym wydaniu. Wszystko tutaj oparto na chwiejnym anachronizmie i postarano się by skutecznie udać, że go nie ma. Takie strusie wypięcie tyłka na realia za to w figurowy sposób.



Sam Mendes (43-letni laureat Oscara za reżyserię filmu „American Beauty", od 6 lat szczęśliwy mąż Kate Winslet i ojciec jej syna) zrealizował ekranizację debiutanckiej powieści Richarda Yatesa „Revolutionary Road" z 1961 roku. Książka została wówczas przyjęta jako wydarzenie literackie, 35-letniego autora skutecznie przemieniając z dziennikarza w pisarza. Uznano, że doskonale udało mu się oddać psychiczny stan Amerykanów, żyjących w latach 50. w idyllicznych na pozór suburbiach. Ale życie tam nie było idyllą. Pośród piętrzących się schematów, mieszczańskich stereotypów, naciąganej moralności i ograniczonych horyzontów dobrze czuli się tylko ludzie przeciętni i bez charakteru. Ci, których potrzeby wykraczały poza szeregową układność dramatycznie przeżywali kolejne etapy amputacji marzeń. Czasem nie wytrzymywali tej tortury...



Podobny obraz namalował już Mendes w „American Beauty" a Stephen Daldry w „Godzinach"; teraz mamy „Drogę do szczęścia". Ale tym razem pojawia się dysonans: film został opowiedziany w sposób nowoczesny, sugerując nam, że historia April (Kate Winslet) i Franka (Leonardo di Caprio), którzy najpierw przeżywają romans, potem pobierają się w przeświadczeniu, że nie tylko kochają się, ale także są wyjątkowi, lepsi od otaczających ich szaraków, artystycznie wrażliwi i utalentowani a w rezultacie lądują w małym podmiejskim domku, wiodąc stereotypowe życie urzędniczego małżeństwa, w którym mąż pracuje w biurze a żona zajmuje się domem - jest wciąż aktualna, wręcz ponadczasowa i zapewne nas także może dotyczyć.

Tymczasem tak nie jest! Od lat 50. upłynęło ponad pół wieku i w życiu społecznym zarówno amerykańskich suburbiów jak i całego świata wiele się zmieniło: przede wszystkim zupełnie inne jest miejsce kobiet w społeczeństwie. Model niepracującej kury domowej został wyparty przez nowy wzorzec agresywnej samicy, znacznie lepiej od mężczyzn radzącej sobie z realiami życia, karierą zawodową (wymagającą dzisiaj nie tylko hipokryzji, ale także systematyczności i dokładności) oraz obciążeniami psychicznymi. Dzisiaj mężczyźni coraz częściej myślą o przechodzeniu na urlop „tacierzyński" a ich kobiety zostają prezesami w firmach, w których zatrudniają innych mężów...

Historia Franka i April stała się nieodwołalnie anachroniczna i daleko odbiegająca od społecznego nastroju pierwszych lat XXI wieku. Nie uwierzyłem popisowo grającej Kate Winslet w rozpacz i świadomość przegranego życia jej bohaterki. Jej finałowy gest wydał mi się pusty i nieuzasadniony...



Ten film nie miał opowiadać o drodze do szczęścia, bo ono majaczy w nim na horyzoncie niewyraźnie niczym falująca urojeniem fatamorgana. Miał krzyczeć o rewolucji, która musi się dokonać w skostniałym i okaleczającym ludzi społeczeństwie, o drodze która prowadzi do nieuchronnego buntu. Nie do szczęścia, panie tłumaczu, ale do buntu i walki o siebie! To wcale nie drobna różnica!



A potem do tablicy, która mówi, że ta droga jest donikąd... To już sugestia autora sprzed pół wieku i pytanie Sama Mendesa, który pragnie wierzyć, że nie jest ono retoryczne. Ale świat się zmienił, o czym Mendes doskonale wie tylko udaje, że tego nie zauważa. Kreśli swoje efektowne figury na celuloidzie, pozwala swojej żonie dostawać za nie Złoty Glob i zgadza się, by opowiadana przez niego prawda pachniała fałszem. Właśnie dlatego temu filmowi daleko do „American Beauty" - w mojej pamięci pozostanie tylko udanym ćwiczeniem z filmowej retoryki.

Podziel się
oceń
2
2

komentarze (47) | dodaj komentarz

Opór - ich i nasz

poniedziałek, 19 stycznia 2009 11:11
Gdy narzekałem na brak wiarygodności jakiegoś filmu, zarzucając mu że nie pokazuje spraw tak jak wyglądają one w życiu, Zygmunt Kałużyński zwykł powtarzać: „Daj spokój, przecież to tylko kino a ono rządzi się swoimi prawami!"



Przypominają mi się te nasze rozmowy ilekroć słyszę zarzuty, że kino mija się z historyczną prawdą. Tak jest w przypadku „Oporu" w reżyserii Edwarda Zwicka, filmu amerykańskiego, ale opowiadającego historię partyzanckiego oddziału Żydów w czasie II wojny światowej na polskich kresach wschodnich. W filmie o polskich kresach nie ma ani słowa. Mówi się, że to Białoruś. Polaków też nie ma: widzimy tylko prześladowanych Żydów, mordujących ich Niemców oraz współpracujących z oprawcami oraz walczących z nimi Rosjan. W zasadzie powinno nas to cieszyć - w końcu Hollywood nie zarzuca nam antysemityzmu! A jednak nie cieszy. Tym razem dlatego, że film przemilcza fakt, iż żydowscy partyzanci w trakcie rabowania okolicznych wsi (w ten sposób zdobywali żywność potrzebną im, by mogli przeżyć w lesie) dopuszczali się mordów. Masowych. Także na Polakach! Tego jednak w jednoznacznie heroizującym leśnych Żydów filmie nie ma ani słowa.




Nie mam o to pretensji do Zwicka, pamiętam co mówił Kałużyński - to tylko film, nie musi być jak w życiu! Problem zaczyna się w chwili, gdy „Opór" reklamuje się jako oparty na faktach bo zrealizowany na podstawie książki powołującej się na historyczną wiarygodność (Nechama Tec - „Opór-Partyzanci Bielskich"). Wtedy uproszczenia, pominięcia, przeoczenia zaczynają przeszkadzać.


To jednak nie była Białoruś, tylko polskie kresy najpierw zajęte przez armię radziecką a potem najechane przez armię hitlerowską. Zaś partyzanci Bielskich nie byli aniołami. W sytuacjach krytycznych przyjmowali postawę swoich własnych prześladowców - również dopuszczali się przestępstw i mordów.




Film „Opór" nie jest dziełem wybitnym. Mieści się w środkowej części na skali artystycznego sukcesu. Po hollywoodzku sprawnie opowiedziany, pilnujący heroizmu głównych bohaterów, dający pole do popisu znakomitym aktorom: Daniel Craig jako Tewje Bielski wypada odświeżająco po bondowym wcieleniu, choć aktor zbyt mocno chyba wierzy w magię swojej powierzchowności i niedostatecznie często korzysta z innych środków wyrazu. Dlatego ciekawiej na jego tle wypadł Lew Schreiber jako brat Tewjego - Zuś Bielski. Schreiber zagrał swoją postać soczyście, wręcz szekspirowsko, wykorzystując dramatyczne rozdarcie w psychice porywczego Zusia jako okazję do uwiarygodniającej go analizy psychologicznej.




Bielscy zebrali w lasach Żydów z kresów wschodnich w 1941 roku, gdy zaczynało być jasne, że nie mają oni szans na przeżycie w organizowanych przez hitlerowców w okolicznych miasteczkach gettach. To nie byli partyzanci tylko zwykła cywilna ludność. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Starcy, inteligenci, duchowni. Ludzie w swej większości nieprzydatni w walce z wrogiem. A jednak udało im się przetrwać kilka srogich zim i skutecznie uciekać przed Niemcami. Wojnę przeżyło w lasach ponad 1200 Żydów z oddziału Bielskich. Imponujący rezultat!


Ich opór powiódł się z całą pewnością. Tylko czy ten opór miał prawo uświęcać środki i trwać za cenę odbierania życia innym niewinnym ludziom? O tym w filmie się nie mówi. I stąd bierze się nasz opór. W świecie filmu, w którym prawda nie jest najważniejsza, nie ma on żadnego znaczenia. Ale dla widzów, którzy decydują się pozostać w realu a nie w fikcyjnej rzeczywistości - jest ważny, choć wątpię by był poza Polską przez kogoś zauważony. 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

MILK - duma i uprzedzenie

niedziela, 11 stycznia 2009 14:55
Ostatnio usłyszałem, że sugestia, iż Jarosław Kaczyński jest gejem (zasugerował to na swoim blogu Janusz Palikot), to obelga. Zrobiło mi się przykro. Nie wiem, czy mój szkolny kolega z warszawskiego liceum im. Lelewela jest, czy nie jest gejem, ale ja jestem i nie widzę w tym powodu do wstydu. Powiedzenie o kimś, że jest gejem to - moim zdaniem - żadna obelga! Najwyżej prawda, albo pomyłka, ale nie obelga.

Mam wrażenie, że w zrozumieniu tego niuansu pomoże (nie tylko politykom) znakomity film Gusa Van Santa „Obywatel Milk", który lada moment wejdzie na polskie ekrany.



Grający tytułową rolę Sean Penn to niemal pewny kandydat do wszystkich najważniejszych nagród aktorskich tego roku z Oscarem włącznie. Były mąż Madonny (i jej największa miłość - czemu się nie dziwię, bo facet ma osobowość i niesamowity talent) zagrał być może rolę swego życia - Harveya Milka, pierwszego otwartego geja, który na początku lat 70. zrobił karierę polityczną w USA, skutecznie kandydując do Rady Miejskiej San Francisco. Wygrał wybory pomimo tego a raczej dzięki temu, że nie ukrywał swego homoseksualizmu.



Był odważnym, niezależnym człowiekiem, który nie liczył na niczyją pomoc tylko śmiało wyciągał rękę do ludzi, z łatwością przekształcając oponentów w swoich sojuszników. Na Paradzie Równości w 1978 roku przemawiał z charakterystyczną dla siebie umiejętnością porywania tłumów: „Obudź się Ameryko! Dość rasizmu, seksizmu, dyskryminacji ze względu na wiek, nienawiści! Nie chcemy dłużej być nękani, nie chcemy się ukrywać. Już dość!"

W Ameryce rządzonej dzisiaj przez czarnoskórego prezydenta, w której są już stany, gdzie geje i lesbijki mogą legalnie zawierać związki partnerskie trudno uwierzyć, że te słowa padły w czasie publicznego zgromadzenia zaledwie 30 lat temu a za ich wypowiedzenie Milkowi grożono zamachem na jego życie. Świat zmienia się błyskawicznie a XXI wiek zobowiązuje nas do przyjmowania nowych, bardziej humanistycznych standardów życia społecznego i publicznego. Jednak takie przemówienie wciąż nie zdarza się na polskich Paradach Równości, które do niedawna torpedował (gdy jeszcze mógł) brat posądzanego o homoseksualizm Jarosława Kaczyńskiego - obecny prezydent Polski, Lech.



Opowieść o życiu Harveya Milka i utorowanej przez niego dla gejów i lesbijek drodze do urzędów państwowych przypomina prawdę, o której nie chce pamiętać większość polskich obywateli o orientacji homoseksualnej: początkiem walki o prawo do życia w zgodzie ze swoją tożsamością MUSI BYĆ JEJ UJAWNIENIE. Nie chodzi o afiszowanie się tym, że jest się gejem, lecz o WYJSCIE Z UKRYCIA i rezygnację z życia w podwójnej moralności. Ludzie, których oficjalnie nie ma w polskim życiu publicznym, nie mogą liczyć na to, że inni sami z siebie przyznają im prawa i uznają ich siłę społeczną. Żeby coś uznać, najpierw trzeba bowiem to POZNAĆ i ZOBACZYĆ.



„Obywatel Milk" to film znakomity, pieczołowicie odtwarzający realia lat 70. w San Francisco, przypominający jak się wtedy żyło i z jakimi demonami musieli walczyć ci, którzy później dla reszty świata stali się symbolami wolnego, demokratycznego społeczeństwa. Wyjątkowe szczęście wszystkich, którym zależy na tych ideałach polega na tym, że za realizację filmu o Harveyu Milku wziął się ktoś tak uzdolniony i mądry jak Gus Van Sant. Nie zblazowany hollywoodzki celebryta, lecz prawdziwy twórca o niezależności wpisanej na pierwszym miejscu w zawodową biografię.



Jego film stał się swego rodzaju współczesną wersją „Dumy i uprzedzenia". Bo walka ze społecznym schematem ubranym w szaty prawa naturalnego jest ponadczasowa. A przypomnienie tego, że najsilniejszą bronią, zdolną pokonać każde uprzedzenie, jest duma z własnej tożsamości, ma wartość na wagę wskazania sposobu jak skutecznie przeprowadzić rewolucję obyczajową. Także tu i teraz.



Polecam „Obywatela Milka" każdemu widzowi, który ma serce i nie zjedzony jeszcze przez korporacyjne/wyznaniowe/polityczne regulaminy rozum. Dla młodych widzów to film obowiązkowy, pokazujący, że najważniejsze w życiu jest to, żeby być sobą. Niezależnie od tego, co powiedzą na ten temat bliscy i dalsi inni...

Podziel się
oceń
3
0

komentarze (31) | dodaj komentarz

Odbite światła!

sobota, 29 listopada 2008 13:03
W „Małej Moskwie" wszystko jest odbite i wtórne przez co ten nagrodzony główną nagrodą na ostatnim festiwalu w Gdyni film jest pozbawioną prawdziwych emocji namiastką.



Mała  Moskwa to Legnica, polskie miasto w czasach PRL-u zamienione na wielką bazę sprzymierzonych wojsk radzieckich. W Legnicy było wtedy tylu Rosjan, że mówiono o niej - trochę ze strachem a trochę z przekąsem - „mała Moskwa".
Polacy nie byli zadowoleni z tego, że wojska radzieckie stacjonowały na naszych ziemiach, będąc przez cały ten czas gwarantem nienaruszalności systemu komunistycznego. W roku 1968 stamtąd właśnie wyprawiono się do Czechosłowacji z „braterską interwencją", by stłumić rodzące się ruchy wolnościowe. To był wstyd, którego długo nie zapomnimy, bo obok radzieckich czołgów przekroczyli granicę także polscy żołnierze.

Gdy tylko Polska pozbyła się wiodącej roli partii komunistycznej i przeistoczyła z PRL-u w całkowicie niezależną III Rzeczpospolitą, pozbyliśmy się radzieckich wojsk stacjonujących w Legnicy. Odpowiednie dokumenty podpisał prezydent Lech Wałęsa. Pozostały opuszczone koszary, zdewastowane budynki, mniejsze i większe miasta-widma rozsiane w różnych miejscach zachodniej Polski. W Legnicy zrobiło się tak pusto, że aż powstało miejsce na nostalgię...

Właśnie na tej nostalgii zahaczył swój filmowy pomysł Waldemar Krzystek: po raz pierwszy w polskim kinie opowiedział historię związaną ze stacjonowaniem wojsk radzieckich w Polsce, nawiązał nawet do interwencji w roku 68 w Czechosłowacji, ale przedstawił to wszystko przy okazji... romansu.

Czy to zaskakujący pomysł? Tylko w pierwszej chwili, dopóki nie odrzucimy myśli, że Krzystek chciał zrobić wybitne kino i nie zaczniemy podejrzewać, że raczej na kinie chciał przyzwoicie zarobić. A żeby to się udało postanowił skorzystać ze sprawdzonych wzorców.

Siadam więc do katalogu zrealizowanych już wcześniej z sukcesem finansowym recept na komercyjne kino, przeglądam tytuł po tytule i... mam! Znalazłem tę, na której wzorował się Krzystek i za sprawą której film „Mała Moskwa" świeci podwójnie odbitym cudzym światłem.
Czy pamiętacie państwo wielką miłość dwóch pilotów do pięknej dziewczyny mieszkającej w bazie wojskowej? Kogo wybierze? Przecież wie, że nie powinna zdradzić pierwszej miłości? W wojskowej zawierusze nie wszystkie wiadomości docierają jednak do miejsca przeznaczenia, nie o wszystkim wiadomo, nie wszystko, o czym się mówi jest prawdą... Tak, to wielki wojenny fresk z 2001 roku, „Pearl Harbor", a w nim trójka bohaterów grana przez Bena Afflecka, Josha Hartnetta i Kate Beckinsale.



Z wyciągniętą ze świeżego filmowego lamusa fiszką w ręku oglądam „Małą Moskwę" smutno kiwając głową. Zgadza się - i to, i to, i to! Tylko wszystko jest mniejsze, mniej ważne, mniej wiarygodne, mniej przekonujące. Mniejsza wojna, mniejsze samoloty, mniejsza miłość.

„Mała" to słowo klucz dla „Małej Moskwy" - miniaturowy romans między żoną rosyjskiego lotnika z Legnicy a kulturalno-oświatowym oficerem wojska polskiego z trudem wywołuje wzruszenie u widza, mimo, że dziewczyna (grana znakomicie przez Rosjankę, Swietłanę Chodczenkową) jest nie tylko piękna, ale jeszcze brawurowo śpiewa „Grande Valse Brillante" z repertuaru Ewy Demarczyk. Trzeba by zapytać naszej wielkiej Ewy, czy akceptuje taką wersję swojego przeboju, ale domyślam się, że ta interpretacja spodobałaby się jej bardziej niż wiele innych, proponowanych dotąd przez polskich artystów. Bo jest prawdziwie aktorska; jest teatrem uczuć, którego mistrzynią przez lata była wszak Demarczyk!

Jednak „Mała Moskwa" w pogoni za komercyjnym efektem upraszcza wszystko pozostałe: sytuację polityczną, obraz armii, historyczną relację z interwencji wojsk RWPG w Czechosłowacji, wreszcie uczucie. Nie sposób uwierzyć w miłość Wiery do Michała, bo on wydaje się być tylko niemoralnie bezmyślny a ona - na ślepo dąży do samozatracenia. Delikatne sugestie, że końcowa tragedia, która ma nas skłonić do łez, jest rezultatem panującej w wojsku bezduszności i prowokowanym politycznymi wytycznymi okrucieństwem, zawisają w próżni niczym mucha, która ze zdumieniem orientuje się, że ani nie leci, ani nie bzyka...

Jeśli ten film ma być najlepszym polskim filmem ostatniego roku, to podtrzymuję moją wcześniejszą opinię, że nie widzę powodów do odtrąbienia końca kryzysu w tej dziedzinie.

Podziel się
oceń
2
0

komentarze (31) | dodaj komentarz

Słowny szlam

poniedziałek, 24 listopada 2008 13:55
Lubię internet. Spędzam dużo czasu na poszukiwaniu informacji i podtrzymywaniu kontaktów właśnie w sieci, chociaż uczciwie przyznaję, że tego czasu nigdy dość. Nie na wszystkie pytania więc odpowiadam, nie wszystkie zaczepki zauważam, nie wszystko do mnie dociera. Zdaję sobie sprawę, że coraz bardziej potrzebne są narzędzia porządkujące i regulujące ruch w internecie, zupełnie tak samo jak to się dzieje z ruchem na skrzyżowaniach w ruchliwych miastach.

Co jednak zrobić, by nie ograniczyć przy okazji wolności, z której my internauci jesteśmy tak dumni? Przydałby się sposób na destylację tego, co najcenniejsze, odrzucający zarazem na bok wszelkie myślowe obierki, ten słowny szlam, jaki zalega w forach i blogach internetowych niezależnie od języka w którym są pisane.


I właśnie destylacji internetowych blogów podjęli się twórcy z krakowskiego Starego Teatru: postanowili najciekawsze blogi opracować, dać w ręce zawodowym pisarzom i zrobić z nich prawdziwą sztukę. A właściwie trzy jednoaktówki. I powstał spektakl, z którym przyjechali nawet w odwiedziny do Warszawy. Tutaj go zobaczyłem.


Właściwie wszystko powinno być OK: dodano najlepsze ingrediencje i zamieszano z fasonem. W „Niebieskiej sukience" wystąpiła sama pierwsza dama Starego Teatru - Iwona Bielska, którą podziwiam od samego początku jej kariery, czyli głównej roli w szkolnym przedstawieniu „Nadobnisie i koczkodany" w reżyserii Krystiana Lupy, chyba 30 lat temu. Tekst bloga „barbarelli" opracował Jacek Poniedziałek - można więc było oczekiwać wydarzenia na miarę „Aniołów w Ameryce". Ale wydarzenia nie było.




Nie ma w tym winy Bielskiej, ani Poniedziałka! W ogóle - chyba - nie ma tu niczyjej winy, bo błąd tkwił w pomyśle. Jeśli przyjmujemy, że w blogach pisanych anonimowo autorzy przedstawiają swoje prawdziwe charaktery, pozbywając się przymusu dopasowywania się do obowiązujących schematów, popełniamy błąd. Blogi bynajmniej nie zawierają prawdy o ludziach, tak jak opinie wyrażane przez nich na forach internetowych nie są w większości ich prawdziwymi przekonaniami. Człowiek już tak ma, że posadzony na przeciwko maszyny szybko zaczyna bić pianę ze swoich myśli, zamiast wyciągać z nich piękną jedwabną nić. Pianę, która potem tworzy ów słowny szlam, przez wielu niesłusznie uważany za fotografię duszy współczesnego człowieka.


Do rozwijania myśli potrzebna jest opozycja, trudność którą trzeba pokonać i zmusić się do większego wysiłku czyli... rozmówca. To właśnie wymiana myśli prowadzi do destylowania się poglądów. Komputer nie zastąpi rozmówcy. Nawet jeśli podsunie wypowiedzi innych forumowiczów czy blogerów. Zabraknie jednak spojrzenia w oczy! Bez niego internetowi rozmówcy pozwalają się zatrzasnąć w swoich wizerunkach niczym na przypadkowo strzelonych przez uliczny automat fotografiach. Przyznacie, ze tak głupich min jak na tych zdjęciach w życiu nigdy nie miewamy...


Tymczasem teatralną machinę zaprzęgnięto właśnie do oprawienia w kunsztowne aktorskie ramy takich dziwacznych ludzkich obrazków ubitych ze słów, pieniących się jak mydełko Fa... Nie pomógł nawet lingwistyczny zmysł Doroty Masłowskiej, która opracowała drugą jednoaktówkę „My dziecisieci" na podstawie tekstów pewnej 17-latki z Gryfina. Słowa i tutaj pieniły się efektownie w ustach Adama Nawojczyka, ale nic ważnego, wartego zapamiętania z nich nie powstało. Ot piana, mydliny, słowny szlam...




Potrzebujemy narzędzi destylacji. Potrzebujemy rozmów w 4 oczy, nie ulotnych i głupiutkich „small-talków". Potrzebujemy precyzji w posługiwaniu się słowami i odpowiedzialności za nie. Potrzebujemy jasnego postawienia sprawy, ze z anonimowych (czyli niepodpisanych) wypowiedzi nigdy nie wyniknie żadna prawda ani o nas, ani o naszym świecie. Nawet wtedy jeśli spróbują ją pokazać w światłach rampy zawodowi prestidigitatorzy.



Podziel się
oceń
1
0

komentarze (23) | dodaj komentarz

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  311 374  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O mnie

Tomasz Raczek - krytyk filmowy, publicysta, wydawca oraz autor programów radiowych i telewizyjnych. Ukończył wydział wiedzy o teatrze w warszawskiej Akademii Teatralnej. Stworzył słynny duet z Zygmuntem Kałużyńskim znany z zażartych sporów o filmy prowadzonych zarówno w tv, jak i drukowanych w prasie i książkach. Laureat "Wiktora" oraz nagród za osiągnięcia w dziedzinie krytyki artystycznej (m.in. Nagrody im. Stanisława Wyspiańskiego).
Publikował na łamach "Rzeczpospolitej", "Polityki", "Teatru", "Kina", "The European", "The Montreal Gazette", "Wprost".
Jest autorem książek "Karuzela z idolami", "Pies na telewizję", "Karuzela z madonnami", "Karuzela z herosami" oraz napisanych wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim: "Perłowej ruletki", "Poławiaczy pereł", "Pereł do lamusa" i pięciotomowego leksykonu filmowego "Perły kina".+
Prowadzi własne wydawnictwo książkowe Latarnik, zajmujące się wydawaniem książek o mediach i pisanych przez ludzi mediów.
www.latarnik.com.pl

Zaproszenie

Mamy zaszczyt zaprosić Państwa na Ring Medialny z udziałem Tomasza Raczka organizowany przez słuchaczy Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR na Uniwersytecie Wrocławskim, który odbędzie się 4 kwietnia 2009 o godz. 15:50 w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej (ul. Joliot Curie 15, Wrocław). „Ringi medialne” to cykl otwartych spotkań, które dają szansę studentom oraz wszystkim zainteresowanym na spotkanie ze znamienitymi gośćmi ze świata mediów, polityki i nauki. W poprzednich edycjach Ringów w narożniku zostali postawieni m.in. Monika Jaruzelska, Monika Luft, Janina Paradowska, Dariusz Doliński, Maciej Sowiński, Sławomir Piechota, Jarosław Duda, Piotr Pytlakowski. W tegorocznej edycji, oprócz Tomasza Raczka, odpierać ciosy będą: Łukasz Grass, Magdalena Środa, Tomasz Siekielski i Andrzej Morozowski. Organizacja Ringów, ich oprawy oraz promocji, za którą odpowiedzialni są Słuchacze Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR, jest jednocześnie szansą na realizację projektu dużego eventu i jednym z elementów wymaganych do otrzymania dyplomu.

Polecamy

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 311374

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Wizytówka


http://pu.i.wp.pl/?k=NDAxMTQ5NDAsNDkyODM4&f=Closeup.jpg

Lubię to