Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 445 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Byłem oficerem rozrywkowym…

środa, 05 września 2007 19:41
Od dziecka marzyłem o tym, żeby zostać marynarzem i popłynąć w prawdziwy dalekomorski rejs. Nie jako pasażer, tylko członek załogi! Już podczas studiów w warszawskiej Akademii Teatralnej wysłałem listy do wszystkich ważnych polskich armatorów: mogę pracować za darmo, prowadzić bibliotekę, wyświetlać filmy, organizować życie kulturalne marynarzom, tylko przyjmijcie mnie do załogi. Nie chcieli. Byli zdziwieni i nieprzejednani - wszyscy grzecznie odpisali, tłumacząc że oferty nie przyjmują bo „nie mam przygotowania do pracy na morzu”.   

Ale marzyć nie przestałem. Marzyłem i wszystkim o tym opowiadałem. Aż wreszcie opowiedziałem o tym właściwemu człowiekowi. Byłem właśnie tuż po debiucie w roli gospodarza Festiwalu w Sopocie (u boku Grażyny Torbickiej) i moja towarzyska atrakcyjność gwałtownie wzrosła. Usłyszałem, że jeśli chcę mógłbym zostać oficerem rozrywkowym na „Stefanie Batorym”, ostatnim polskim pasażerskim transatalantyku. Jasne, że chciałem.
Zwolniłem się z posady kierownika literackiego jednego z Zespołów Filmowych (budząc zdumienie kolegów a nawet prowokując ich do pukania się w czoło) i zamustrowałem na statek. Od propozycji do rozpoczęcia rejsu nie minęły nawet dwa tygodnie: marzeniom nie wolno kazać czekać na spełnienie…

Jest taki zwyczaj, wzięty ze starego obyczaju morskiego, że gdy „Stefan Batory” wychodził z portu w Gdyni, na pokładzie spacerowym grała orkiestra. W rytmie triumfalnego marsza znikały sylwetki domów Trójmiasta i rozmazywały się spienione pręgi na wodach Zatoki Gdańskiej a w salonach toczyło się już normalne statkowe życie. Wtedy właśnie oficer rozrywkowy redagował program na następny dzień: o 7 rano otwarcie kaplicy, o 10 aerobic, pół godziny później gra planszowa w salonie dancingowym – „Wyścigi konne”, o 11 koncert poranny w wykonaniu orkiestry a kelnerzy podają na pokładzie gorący bulion. W południe obiad, który trzeba jeść szybko bo już o pierwszej lekcja tańca towarzyskiego. O 3.30 kolejny koncert – muzyka Piotra Czajkowskiego. Godzinę później największa atrakcja dnia: alarm szalupowy obowiązkowy dla wszystkich pasażerów (przepisowy strój: pomarańczowe kamizelki, nie wolno zapomnieć aparatu fotograficznego!). Później idzie już jak z płatka: o 16 podwieczorek (kawa, czekoladki) i wideoteka (film z kasety vhs), o 16.30 gra „Bingo”, o 18 kolacja (jeszcze bardziej suta niż obiad), o 19 film w statkowym kinie. O 20 gwóźdź programu – koncert wieczorny z udziałem artystów cyrkowych i estradowych oraz gwiazdy rejsu (była nią Majka Jeżowska), o 21 początek dancingu, o 22 dyskoteka, o 23 nocny bufet (roznoszone przez kelnerów kanapki z łososiem, szynką i kawiorem), a na koniec jeszcze jeden dancing "dla nocnych Marków". Statkowy oficer rozrywkowy skończy pracę około drugiej w nocy.

Robi się ciemno, „Stefan Batory” pruje fale Bałtyku a na pokładzie wybuchają pierwsze niesnaski wśród pasażerów. Chodzi o kabiny: kto ma gorsze, kto ma lepsze. Kabiny to tradycyjny powód łez. Zdarzali się tacy, którzy oburzeni spartańskim standardem chcieli zejść na ląd już w pierwszym porcie (był nim Hamburg). Nikt komu „Stefan Batory” kojarzył się z luksusowym transatlantykiem nie uwierzy dziś w to, jak naprawdę wyglądały kabiny pasażerskie: maleńkie jak komórki na miotły, w większości wypadków bez bulaja czyli okrągłego okienka zapewniającego dostęp światła dziennego! Wyposażenie stanowiły umieszczone jedna nad drugą koje, umywalka i stoliczek z podnoszonym blatem (jak w przedziale sypialnym w pociągu) oraz krzesło. To wszystko! Jak żyć w takich warunkach przez miesiąc czy dwa? Na wszelki wypadek ze statkowej biblioteki trzeba było wycofać „W piwnicznej izbie” i „Jaś nie doczekał”, aby uniknąć nie dającej się opanować depresji wśród pasażerów. „Kiedyś było jeszcze gorzej – pocieszał pasażerów goszczący na pokładzie historyk żeglugi morskiej, komandor Włodzimierz Koczorowski – pasażer wyruszając na morze żegnał się z bliskimi jakby miał ich już nigdy nie zobaczyć.”

Pierwszy statek przewożący pasażerów nosił wdzięczną  nazwę „Mayflower” i rozpoczął liniową żeglugę pasażerską w 1620 roku płynąc z Plymouth (Wielka Brytania) do Virginii (Ameryka Północna). 400-letnia żegluga pasażerska zawdzięcza swój rozwój gorączce złota, przyciągającej poszukiwaczy do Ameryki i rozpaczliwym wyprawom „za chlebem”. Początkowo podróżnych przewożono po prostu w ładowniach, przy czym musieli się oni sami zaopatrywać w jedzenie i wodę, sami też przygotowywali posiłki. Dopiero w XIX wieku wprowadzono na pokładzie ubikacje (budki dla pań, panowie załatwiali to „na wantach”).

Los pasażera „Stefana Batorego” przypominał więc rajską rozkosz jeśli zważyć, że dawniej pasażerów zaganiano do pracy na pokładzie a jedna z kompanii okrętowych reklamowała się jeszcze w XIX wieku: „Na naszych statkach pasażerów się nie bije”. A jednak polscy pasażerowie bywali rozczarowani, porównując warunki, jakie oferował „Stefan Batory” z obrazami zapamiętanymi z filmu o „Titanicu”, albo z obejrzanymi w telewizji migawkami z „Queen Elizabeth”. Kiedyś istniało przeświadczenie, że im więcej kominów ma statek, tym jest okazalszy i lepszy. Czasy się zmieniły, dziś kominy nie są tak potrzebne, ale jeden komin „Stefana Batorego” wyglądał z daleka jak jedna gwiazdka w pięciogwiazdkowej skali oceny luksusu hotelowego.

Prawdziwe emocje pojawiały się jednak dopiero wraz z wypłynięciem na szerokie morze, gdy z horyzontu ostatecznie znikał ostatni wąski pasek lądu. Nie trzeba gór lodowych i wspomnienia „Titanica”, żeby poczuć dreszcz, gdy wokół tylko woda. Cóż dopiero gdy przychodzi wysoka fala! „Stefan Batory” posiadał co prawda system stabilizatorów, ale nie zawsze ich działanie było skuteczne. Gdy zaczynało dobrze bujać, fale wydawały się wyższe od statku i wściekle biły w zakręcone stalowymi śrubami bulaje, do statkowego szpitala ustawiała się kolejka pasażerów. Za poręczami na schodach pojawiały się torebki z szarego, impregnowanego papieru a w restauracji robiło pusto: puste krzesła, puste talerze. Nie kusiły wtedy ani jajka Rubens, ani sałatka Tosca, ani Consomme Baron Brisse, ani krem Solferino z grzankami. Stygło niechciane Vol aux Vent Cussy i Kasler gotowany z grochem puree. Mdłości wywoływał już sam widok fromage z szynki czy pucharu lodów Dame Blanche. Za to w szpitalu aplikowano zastrzyki z glukozy dla tych, którzy w wyniku kołysania nie mogli już przyjmować żadnych pokarmów. Pamiętam sztorm dochodzący do 10 stopni w skali Beauforta. Przy poręczy obok mnie stał blady steward, pan Zbyszek. Trochę wcześniej uratował się z „Kudowy Zdroju”. To było w tym samym rejonie. I sztorm taki sam, nie większy. Przeżyło ośmiu, reszta zamarzła w wodzie lub wciągnął ich wir…

Różnie nazywano „Stefana Batorego”. Reklamowe foldery pisały o nim „happy ship” – szczęśliwy statek. Fachowa prasa – „ship of spartan life”, statek na którym żyje się po spartańsku. Arabscy handlarze mówili najkrócej – „Ali Baba”. Gdy wpływaliśmy do Port Saidu, egipskiego portu położonego u wylotu Kanału Sueskiego, z dziesiątków arabskich gardeł wyrywało się westchnienie szczęścia: „szacher-macher Ali Baba”. Ale prawdziwy interes rozwijał się w Stambule i Atenach, gdzie pasażerowie masowo zaopatrywali się w kożuchy i futra. Toteż „Stefan Batory” wychodził z tych portów zanurzony po sam komin a zmęczeni zakupami pasażerowie przez dwa dni nie pokazywali się na pokładzie. Wodami Bosforu płynął wtedy największy polski dom towarowy. A potem odbywała się popisowa impreza oficera rozrywkowego –  bal futer. W wielkim salonie dancingowym paradowały panie w iście królewskiej kolekcji: kurtka z norek „Marzenie Pireusu”, futro z platynowego lisa, kurtka z jenotów syberyjskich, etola z norek „Wieczór w operze”, futro z psów pustynnych…

Było potem w czym wystąpić na balu kapitańskim, gdzie po dawnemu podawano krem  z żółwia z groszkiem ptysiowym, tournedos z polędwicy Lavalliere i lody „bomba po sułtańsku”. Na pamiątkowym jadłospisie kilka słów od kapitana: „nie żegnajcie, lecz tylko do widzenia”. Jaka szkoda, że przygoda oficera rozrywkowego na ostatnim polskim transatlantyku musiała się skończyć w 1987 roku. Kilka miesięcy później statek sprzedano. Jadłospisy wyrzucono na makulaturę, pokłady pocięto na drzazgi a burty na żyletki. Polski „luksus po spartańsku” przeszedł do historii.

Podziel się
oceń
2
6

komentarze (38) | dodaj komentarz

sobota, 27 maja 2017

Licznik odwiedzin:  310 303  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O mnie

Tomasz Raczek - krytyk filmowy, publicysta, wydawca oraz autor programów radiowych i telewizyjnych. Ukończył wydział wiedzy o teatrze w warszawskiej Akademii Teatralnej. Stworzył słynny duet z Zygmuntem Kałużyńskim znany z zażartych sporów o filmy prowadzonych zarówno w tv, jak i drukowanych w prasie i książkach. Laureat "Wiktora" oraz nagród za osiągnięcia w dziedzinie krytyki artystycznej (m.in. Nagrody im. Stanisława Wyspiańskiego).
Publikował na łamach "Rzeczpospolitej", "Polityki", "Teatru", "Kina", "The European", "The Montreal Gazette", "Wprost".
Jest autorem książek "Karuzela z idolami", "Pies na telewizję", "Karuzela z madonnami", "Karuzela z herosami" oraz napisanych wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim: "Perłowej ruletki", "Poławiaczy pereł", "Pereł do lamusa" i pięciotomowego leksykonu filmowego "Perły kina".+
Prowadzi własne wydawnictwo książkowe Latarnik, zajmujące się wydawaniem książek o mediach i pisanych przez ludzi mediów.
www.latarnik.com.pl

Zaproszenie

Mamy zaszczyt zaprosić Państwa na Ring Medialny z udziałem Tomasza Raczka organizowany przez słuchaczy Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR na Uniwersytecie Wrocławskim, który odbędzie się 4 kwietnia 2009 o godz. 15:50 w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej (ul. Joliot Curie 15, Wrocław). „Ringi medialne” to cykl otwartych spotkań, które dają szansę studentom oraz wszystkim zainteresowanym na spotkanie ze znamienitymi gośćmi ze świata mediów, polityki i nauki. W poprzednich edycjach Ringów w narożniku zostali postawieni m.in. Monika Jaruzelska, Monika Luft, Janina Paradowska, Dariusz Doliński, Maciej Sowiński, Sławomir Piechota, Jarosław Duda, Piotr Pytlakowski. W tegorocznej edycji, oprócz Tomasza Raczka, odpierać ciosy będą: Łukasz Grass, Magdalena Środa, Tomasz Siekielski i Andrzej Morozowski. Organizacja Ringów, ich oprawy oraz promocji, za którą odpowiedzialni są Słuchacze Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR, jest jednocześnie szansą na realizację projektu dużego eventu i jednym z elementów wymaganych do otrzymania dyplomu.

Polecamy

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 310303

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Wizytówka


http://pu.i.wp.pl/?k=NDAxMTQ5NDAsNDkyODM4&f=Closeup.jpg

Lubię to