Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 742 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Pornografiści...

czwartek, 30 sierpnia 2007 20:56
Pamiętam ile było komentarzy, gdy w leksykonie filmowym "Perły kina" (leksykon filmowy na XXI wiek), który napisałem razem z Zygmuntem Kałużyńskim, pojawiło się hasło – pornografia. I nie chodziło wcale o ekranizację powieści "Pornografia" Witolda Gombrowicza w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego, tylko o całkiem hardcore’owe scenki z golasami prezentującymi pożycie erotyczne w najróżniejszych kombinacjach.

- Panie Zygmuncie, czy krytykom filmowym wypada rozmawiać o filmach pornograficznych? – pytałem w rozmowie i dostawałem odpowiedź:
- Krytyk filmowy ma obowiązek rozmawiać o wszystkim, co tyczy kina, również o filmach pornograficznych.
- Czy widzowie oglądają porno po to, żeby się dowiedzieć jak to jest – dopytywałem – podpatrzyć jakieś nowe techniki, czy raczej żeby się podniecić?
- Zapewne wszystko to, co pan powiedział. W gruncie rzeczy oglądanie podobnego aktu daje poczucie wolności. Zresztą Freud stwierdził, że każdy z nas jest zboczeńcem.
- Myśli pan, że ci, co oglądają porno, są zboczeńcami?
- No, skoro każdy, to i oni także...

Uzbrojony w autorytet Freuda i Kałużyńskiego mogę teraz stanąć przed Wami i powiedzieć głośno: wy też jesteście zboczeńcami a na dodatek kochacie pornografię!

Że co? Że nieprawda? Wcale nie lubicie patrzeć na zdjęcia spółkujących kobiet i mężczyzn, nie wpatrujecie się w ich wyeksponowane i nadzwyczaj dorodne II i III-rzędne cechy płciowe? I w ogóle do głowy wam nie przyszło, żeby podpatrywać nowe techniki w tej dziedzinie?

Ależ mnie wcale nie o to chodzi! Wcale nie o uprawianie przed kamerą wyuzdanego seksu tylko…. towarzyskiego bezwstydu: o zadawanie niedyskretnych pytań, podglądanie, ekshibicjonistyczne wynurzenia, poniżanie siebie i innych dla zdobycia poklasku, wywlekanie intymnych szczegółów i wyśmiewanie się z nich. O wszystko to, co w normalnym kulturalnym towarzystwie jest nie do przyjęcia – uchodzi za dowód braku dobrego wychowania, chamstwo i prostactwo. Podobnie jak nikt przy zdrowych zmysłach nie wpadłby na pomysł, żeby podczas imienin u przyjaciół rozebrać się i wykonać erotyczne zbliżenie z kolegą czy koleżanką na stole pomiędzy szynką, sałatkami a marynowanymi grzybkami, tak nikt normalny w takiej sytuacji nie stara się skompromitować uczestników biesiady, ani włazić pod stół i pod osłoną obrusa zaglądać im w zakamarki bielizny. Ale w telewizji bynajmniej nas to nie drażni! Tam jest to nie tylko dozwolone, ale wręcz nagradzane wysoką oglądalnością i statuetkami przyznawanymi w plebiscytach popularności.

Współcześni telewizyjni pornografiści inscenizują to na wesoło lub na dramatycznie; robiąc sobie jaja lub z igły widły. Obfotografowują, opisują, obgadują, podglądają, podsłuchują. Czasem z talentem, a czasem bez. Czasem ze skutkiem śmiechowym a czasem żachnięciowym. Wszystko to, co niedopuszczalne w normie życia codziennego na małym ekranie uzyskuje walor rozrywkowej kreacji. Wścibstwo otrzymuje tytuł dociekliwości, humbug – odwagi, bezczelność – brawury. Poczciwe spółkowanie na ekranie jest w porównaniu z tym czymś w rodzaju niewinnej gimnastyki szwedzkiej. Pornografia towarzyska o lata świetlne wyprzedziła bowiem pod względem śmiałości pomysłów i wyrafinowania ich realizacji anachroniczną rozpustę seksualną.

Maria Wiktoria Wałęsa na kanapie Kuby Wojewódzkiego tylko pozornie wiła się z zawstydzenia, w gruncie rzeczy aż czuło się, że pragnie opowiedzieć jak całowała się z nieznajomym na nocnej balandze a potem zamroczona zamroczeniem leżała na tylnym siedzeniu samochodu z kluczykami na gołym brzuchu. Frytka czyli Agnieszka Frykowska, co prawda śpiewa (choć nie umie) i nawet ma zagrać w filmie (aż boję się myśleć o efekcie tego eksperymentu, ale chyba gorsza od pamiętnej olbrzymki z "Playboya" - Anny Nicole Smith chyba nie będzie) to jednak w czasie wywiadów regularnie obowiada jak uprawiała seks w wannie Big Brothera z niejakim Kenem. Madonna u Davida Lettermana na powitanie wcisnęła mu do ręki swoje majtki uprzejmie informując: „powąchaj są jeszcze ciepłe, dopiero je zdjęłam”. A potem zaczął się godzinny talk-show, w którym gwiazda namawiała widzów, by oddawali mocz w czasie kąpieli pod prysznicem bo to najskuteczniejszy sposób by zabezpieczyć się przed grzybicą stóp.

Bulwersujące? Obrzydliwe? Wcale nie: na małym ekranie podobne sytuacje w niewyjaśniony sposób tracą swoją dosadność i niepostrzeżenie zamieniają się w anegdotę. Wykorzystują to z sukcesem także Szymon Majewski i Ewa Drzyzga, której rozmówcy bez zahamowań opowiadają o szczegółach operacji plastycznych i swoich fizycznych ułomnościach.

Czy piszę to wszystko, żeby potępić kolegów uprawiających tę nową pornografię? Uchowaj Boże! Dzięki nim sam stałem się przecież wielbicielem pornografii towarzyskiej. Oglądam jej nowe przypadki i cieszę się z wolności, której są dowodami. Freud z Kałużyńskim pewnie też zacierają ręce: w końcu wszyscy jesteśmy zboczeńcami i uwielbiamy patrzeć na to, co oficjalnie uważamy, że powinno być zakazane. Bezwstydnicy z fałszywymi zatroskanymi minkami, małe towarzyskie świnki…

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Siła anioła

piątek, 24 sierpnia 2007 12:56
Dzisiaj wyjątkowo nie o filmie. Z serwisu PAP dowiedziałem się, że właśnie mija 25 lat od śmierci Anny German. Ta rocznica pewnie znowu przejdzie niezauważona. Kto by tam myślał o zmarłej piosenkarce, gdy wali się w gruzy IV Rzeczpospolita! W chwili gdy umierała, też nikt nie miał do tego głowy - trwał (a właściwie dogorywał) stan wojenny. A przecież głos Anny German do dzisiaj powoduje, że przechodzą mi po plecach ciarki. Przed oczami pojawiają się zaś obrazy z filmu Mariusza Waltera (a jednak mamy film!) - "Powrót Eurydyki". Cóż to było za wzruszenie, gdy po trzyletniej rekonwalescencji (złamanie kręgosłupa w wyniku wypadku na włoskiej Autostradzie Słońca) German stanęła znowu przed publicznością i zaśpiewała "Człowieczy los"! Gdybym był jednym z szefów TVN-u, pogadałbym z Walterem, żeby podczas zbliżającego się festiwalu w Sopocie specjalnie uczcić pamięć tej wielkiej piosenkarki, której kariera zaczęła się tam właśnie...

Pamiętam jak kilka lat temu Ricky Martin, uśmiechając się w sposób starannie wystudiowany przed lustrem, zapewnił podczas konferencji prasowej zorganizowanej z okazji jego występu na festiwalu w Sopocie, że zabierze ze sobą nową płytę Kayah, posłucha jej uważnie i – kto wie – może kiedyś poprosi Polkę o zaśpiewanie z nim w duecie, uśmiechnąłem się pod wąsem. Ileż to już razy przed polskimi artystami roztaczano mniej lub bardziej konkretne miraże zagranicznych podbojów i międzynarodowej kariery! Wierzyliśmy, że są dobrzy, więc oczekiwaliśmy od świata, że się na nich pozna. Ale prawie nigdy się nie poznał.

Z przetrąconymi skrzydłami wrócili wszyscy w komplecie: Violetta Villas, 2+1, Krzysztof (Krystof) Krawczyk, Niemen, Maanam, Edyta Górniak. Musieliśmy ich potem pracowicie odchuchać, żeby znowu, na kolejne lata, mieć choćby dla siebie. Żadna z polskich gwiazd nie stała się jak dotąd gwiazdą międzynarodową i Kayah prawdopodobnie także nią nie będzie, choćby nawet Ricky Martin słuchał sobie jej piosenek podczas każdej wizyty u fryzjera.

Kiedy się jednak przegląda zasoby światowego Internetu, ze zdziwieniem można z nich wyczytać nieoczekiwaną prawdę: jest ktoś, komu się udało dostać do serc nie tylko Polaków i pozostać w nich bez obawy o przeminięcie. Ktoś, komu poświęcono niesłychaną ilość prywatnych stron www; kogo płyty wznawia się bez przerwy; czyim imieniem nazywa się ulice, a nawet planety. Ten ktoś to Anna German, nazywana niegdyś „Białym Aniołem polskiej piosenki”. 25 sierpnia 2007 roku mija 25 lat od jej śmierci, a jej nagrania nie stały się przez to ani odrobinę archaiczne.

Ta najbardziej polska piosenkarka o niemieckim nazwisku urodziła się w Uzbekistanie (wtedy, w 1936 roku, była to republika Związku Radzieckiego) w rodzinie holenderskich emigrantów. Jej ojciec, zamordowany przez władze stalinowskie w dwa lata po narodzinach córki, był synem ewangelickiego pastora z Łodzi, z zawodu księgowym, a z zamiłowania dyrygentem chóru. Matka Irma Martens była prawnuczką holenderskiego hrabiego Johana Friesena, który przybył z Fryzji do Rosji w połowie XIX wieku, by upowszechnić tam nowoczesne metody upraw rolnych.

Jak skomplikowane było jej pochodzenie, tak powikłane i niezwykłe okazało się życie Anny German.
Po wojnie znalazła się wśród repatriantów, których osiedlono w Szczecinie. To był dom trzech kobiet: babcia, matka i córka. Postanowiły zacząć nowe życie i postanowiły, że będą Polkami. Anna była w tym szczególnie konsekwentna. Gdy studiowała geologię na Uniwersytecie Wrocławskim, nawet się nie spodziewała, że zostanie piosenkarką. Zadebiutowała we wrocławskim Teatrze Kalambur, traktując występy jako dorywcze zajęcie w czasie wakacji, zamiast praktyk studenckich. Ale była za dobra, by inni pozwolili jej przestać śpiewać.

Gdy w 1964 roku, podczas II Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, zaśpiewała Tańczące Eurydyki, było jasne, że narodziła się gwiazda. Nastąpił ciąg nagród, koncertów, płyt. Równy entuzjazm dla jej talentu z miejsca okazali Rosjanie i Włosi. We Włoszech podpisała nawet kontrakt płytowy i wystąpiła w San Remo. W 1966 roku we włoskiej prasie rozległ się chór zachwytów: „Wczoraj Anna German przyjechała do Mediolanu i okazało się, że ma nie tylko piękny głos, wcześniej już znany niektórym specjalistom, ale i urodę: wysoka, o jasnych, falujących włosach i rozmarzonym spojrzeniu. Krótko mówiąc: wspaniała dziewczyna”. („La Notce”)
„Jej głos to z jednej strony szczodry dar natury, z drugiej – rezultat inteligencji, która pozwala jej z niego wszechstronnie korzystać”. („L'Unita”)
„Znajomość pięciu języków (włoskiego, polskiego, rosyjskiego, angielskiego i niemieckiego) pozwala jej dokonywać na estradzie prawdziwych sztuczek”. („Il Gazettino di Venezia”).

German wyjechała do Włoch, aby robić światową karierę. O tym wiedział wtedy każdy Polak. Trasa koncertowa, występy telewizyjne, festiwal w San Remo (to wtedy narzeczony Dalidy Luigi Tenco z rozpaczy, że jego piosenka Ciao, amore, ciao nie przeszła do finału, popełnił samobójstwo). Wszędzie robiła olśniewające wrażenie. Niewysocy włoscy konferansjerzy mieli z nią kłopot, bo przerastała ich o głowę (wzrost współczesnej modelki: 180 cm). Jeden z nich zapytał ją nawet bezczelnie: „Ile metrów pani sobie mierzy?”. Odpaliła mu natychmiast, po włosku: „To nieważne; ważne, że jestem wyższa od pana”. Publiczność zawyła z podziwu.

Szczęście trwało kilka miesięcy. 28 sierpnia 1967 roku, wracając z koncertu, została ciężko ranna w wypadku samochodowym koło Bolonii. Przez siedem dni pozostawała w śpiączce. Obudziła się, ale miała urazy kręgosłupa; nie było wiadomo, czy kiedykolwiek będzie jeszcze chodzić i śpiewać. Po trudnej, bolesnej rekonwalescencji, wróciła jednak na estradę. Stanęła przed mikrofonem prosta jak nigdy i zaśpiewała swój superprzebój, który napisała w czasie choroby – Człowieczy los.
German znowu śpiewała, nagrywała, podróżowała po całym świecie. Najgoręcej witano ją w Związku Radzieckim. Tam też wydała wiele płyt, do dzisiaj prawie zupełnie nieznanych na polskim rynku. Jedną z jej rosyjskich piosenek, Nadzieja, uznano za hymn kosmonautów. To dlatego nadali oni imię Anny German odkrytemu przez siebie asteroidowi.

Śmierć, której wymknęła się po wypadku na autostradzie, dopadła ją kilkanaście lat później. Nie udało jej się obronić przed rakiem. Umarła cicho, komponując w ostatnich dniach muzykę do modlitwy Ojcze nasz, w samym środku stanu wojennego. Miała tylko 46 lat. Nikt wtedy nie miał głowy do takich spraw. Prawie nie zauważono jej odejścia.

A jednak sława Anny German nie mija. W księgarniach pojawiło się drugie wydanie jej wspomnień z okresu rekonwalescencji Wróć do Sorrento?, a w sklepach z płytami reedycje jej nagrań. W księgarni internetowej merlin jest zwyczaj, że klienci mogą zostawić swój komentarz na temat kupionej pozycji. Pod płytami German znalazłem całkiem nowe wpisy: „Nie ma w polskim języku słów, które byłyby w stanie określić wielkość talentu Anny German. Nie ma słów, które mogłyby opisać bezmiar piękna, którym Wielka Artystka obdarowuje słuchaczy. Ten bezkresny ocean ponadczasowości Anny German zapisany jest jej głosem, który będzie podziwiany i uwielbiany do końca świata. Nikt nigdy nie będzie w stanie jej zastąpić. Anna German nie śpiewa piosenek. Ona śpiewa arcydzieła” – Jędrzej Kozak.
„To, co mnie urzekło w Wielkiej Annie, to ogromna moc uczucia spokoju, ciepła i nieogarniętej miłości, nie tylko w treści piosenek, lecz przede wszystkim w barwie głosu tej niepowtarzalnej kobiety” – Witold Mackiewicz.



A swoją drogą to ciekawe: jej imieniem nazywa się nowe wyhodowane odmiany kwiatów (clematis), ulice i gwiazdy, ale nagrane za granicą płyty Anny German (we Włoszech i w Rosji), świadczące o tym, że jako jedynej udało jej się zrobić prawdziwą międzynarodową karierę, bardzo rzadko można znaleźć w polskich sklepach.


Podziel się
oceń
19
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Wiem że żyję...

niedziela, 19 sierpnia 2007 13:44
Każdy z nas ma lub miał swoje ulubione kino, związane z ważnymi wydarzeniami w naszym życiu, z filmami które okazały się przełomowe, z osobami które siedziały na sąsiednim fotelu. Nie wszystkie z tych kin ocalały do dzisiaj. W moim życiu zapisały się trzy duże warszawskie kina, na które dawniej mówiono zeroekranowe. To do takich kin wchodziły w pierwszej kolejności filmy premierowe; tutaj repertuar był najbogatszy, ekran największy, a widownia najliczniejsza.

Do kina „Wisła" chodziłem na poranki. W kinie „WZ" (już nie istnieje) w czasie seansu komedii „Hibernatus" z Louisem de Funes w paroksyzmie śmiechu podskoczyłem w fotelu tak wysoko, że opadając z impetem złamałem siedzenie i wylądowałem na podłodze. Potem musiałem zapłacić karę za dewastację...
A do kina „Sawa" (też już nie istnieje) na Saskiej Kępie uciekłem z pochodu pierwszomajowego żeby obejrzeć film Federico Felliniego „A statek płynie". Oprócz mnie nikt wtedy nie przyszedł. Zapytałem kasjerki co muszę zrobić, żeby film jednak wyświetlono. Okazało się, że zgodnie z przepisami seans musiał się odbyć, jeśli sprzedano co najmniej 10 biletów... Kupiłem więc pozostałe 9 biletów i zasiadłem na pustej wielkiej widowni. Wrażenie było niesamowite: tam ów nieszczęsny pochód z wrzeszczącym przez rozmieszczone na ulicach głośniki spikerem - „Ochota już przeszła, a Wola jeszcze nie nadeszła...." - a ja sam w kinie oglądający ironiczny film Felliniego o tym jak toczy się historia. Nigdy nie zapomnę tego seansu. I tego kina!


Gdy zapytałem kiedyś Zygmunta Kałużyńskiego, jakie jest jego ulubione kino, nie miał wątpliwości; bez zastanowienia od razu odpowiedział: „Polonia".


- Dlaczego? -  zdziwiłem się.


- Bo jest najbliżej mojego domu i było tu zawsze. Mogę do niego pójść o każdej porze z zamkniętymi oczami.


I rzeczywiście, do „Polonii" chodził nawet wtedy, gdy był już bardzo chory. Późnymi wieczorami i zawsze w tajemnicy przede mną.


- Dlaczego nie powiedziałeś, że chcesz się wybrać do „Polonii" - narzekałem nazajutrz - przecież podwiózłbym Cię samochodem.

- Ale ja chciałem sam - odpowiadał z przekorą.

- Mogłeś się przewrócić na ulicy, wpaść pod samochód...

- Nic się nie stało, czepiałem się ścian... Wiesz, jeśli mogę sam wybrać się do kina, to wiem że żyję...


- A co to był za film? Dobry przynajmniej?


- Ech daj spokój, to nie ma znaczenia...

Przypomniałem sobie te nasze rozmowy, gdy wchodziłem przedwczoraj do Teatru Polonia, który kilka lat temu stworzyła na miejscu dawnego kina Krystyna Janda. Z okazji inauguracji nowego sezonu dano „Darkroom" wg Rujany Jeger. Komplet widzów na sali, wyczuwalny impet w aktorach, energia. Kameralna sztuka opowiada o konfrontacji ludzi mających krańcowo różne postawy i doświadczenia życiowe. O tym, że różniąc się mogą się akceptować a  nie nienawidzić.  Starszy pan - były playboy i notoryczny podrywacz, żyjący z kobiet - teraz działacz Rodziny Radia Maryja. Z drugiej strony młody gej, przewrażliwiony na swoim punkcie, właściwie bez zawodu za to umiejący wykorzystać swój powab na małej scence gejowskiego klubu. Jest jeszcze młody homofob - żonaty, wykształcony, ale bezrobotny; do tego alkoholik. Jeśli by wierzyć temu, co w mediach wygadują dzisiaj politycy, spotkanie tych mężczyzn powinno się skończyć solidnym mordobiciem i potężną awanturą. A jednak w „Darkroomie" do tego nie dochodzi. Panowie, w wyniku splotu sytuacji życiowych skazani na siebie w jednym mieszkaniu, szybko dostrzegają nie tyle różnice co podobieństwa w swoich losach. Złość zostaje zastąpiona nieśmiałą (chyba też nieświadomą) czułością...


Spektakl grany jest na scenie kameralnej, gdzie aktorzy znajdują się właściwie pomiędzy widzami. Dlatego w czasie sztuki mogłem się uważnie przyjrzeć publiczności. Wpatrywałem się w twarze szczególnie wtedy, gdy ze sceny padały słowa prowokujące obyczajowo, śmiałe, wręcz desperackie. Nie dostrzegłem żachnięć, grymasów oburzenia, obrzydzenia czy zakłopotania. To były twarze otwartych ludzi, skorych do uśmiechu i przyjęcia do wiadomości świata takim, jakim on naprawdę jest. Nie świata deklarowanego w politycznych manifestach, wykrzykiwanego i grożącego odmieńcom potępieniem, lecz świata cichego i ludzkiego. Ciekawszego!

Jakże mi wtedy zależało, żeby wszyscy obecni na „Darkroomie" widzowie na pewno poszli głosować w przyszłych wyborach, kiedykolwiek się one odbędą. Żeby do tego czasu nie wyjechali, nie zwątpili, nie zrezygnowali, nie przestawili swojego steru na kierunek „wszystko jedno".

To, że Przemysław Wojcieszek wyreżyserował „Darkroom" właśnie w „Polonii", wcale mnie nie zdziwiło. Przecież tak niedawno, bo w maju byłem świadkiem (w dawnym, nie istniejącym już dzisiaj kinie „Skarpa") wręczania Krystynie Jandzie nagrody „Hiacynt", przyznanej przez Fundację Równości za konsekwentne wspieranie idei tolerancji w działalności teatralnej, filmowej i internetowej.

Ale coś mnie jednak zdziwiło. W „Darkroomie" jest rola, która daje aktorowi okazję do popisu umiejętności: rola geja, nocami śpiewającego w klubie a w ciągu dnia walczącego o przestrzeń dla siebie takiego, jakim jest, bez moralnych i społecznych kompromisów. Gra tę rolę utalentowany Rafał Mohr, udowadniając przy tym że jest aktorem znakomitym. Szybko jednak popada w schemat zniewieściałego efeba, powyginanego w ciotowskich konwulsjach. Dlaczego zdecydował się na użycie tej zgranej kalki w tak postępowym teatrze?

Nie tylko mnie to zdziwiło. W teatralnym foyer znalazłem numer awangardowego magazynu młodych ludzi „Exklusiv", gdzie Mohra uczyniono okładkowym bohaterem. Redaktor naczelna pisma, Agata Nowicka, jest wyraźnie zafascynowana swoim rozmówcą, ale w pewnym momencie wypala wprost: „Dlaczego grasz geja w sposób utrwalający stereotypy? Wiesz, te wszystkie miękkie gesty..."

I wtedy aktor tłumaczy z rozbrajającą szczerością: „Oczywiście, używam takich środków. Ale gdybyś dobrze przeanalizowała spektakl, gdybyś spojrzała na jego pierwszą scenę - zauważyłabyś, że ten monolog jest bardzo twardy. To jest prawdziwy Łukasz. Potem zaczyna się zabawa konwencją. (...) Pomyślałem sobie, że jeśli zagram taki początek, potem mogę lekko pojechać."

I o owo „pojechanie" właśnie chodzi. Szkoda straconej okazji. Bo „Darkroom" mógł się okazać jeszcze ważniejszy niż jest. Nie tylko efektowny, ale ważny właśnie!

Przy tej okazji przypomniałem sobie jeszcze jedną rozmowę z Zygmuntem Kałużyńskim. Mieliśmy ją przy okazji premiery filmu „Klatka szaleńców" w farsowy sposób opowiadającego o życiu gejów. Film okazał się kinowym przebojem, a jednak Kałużyński podsumował go bezceremonialnie: „Oceniam go niewysoko. Uważam, że środowisko homoseksualistów zostało pokazane w sposób, w jaki chce je widzieć pełen dobrej woli, ale w gruncie rzeczy obcy widz. On właśnie uważa, że homoseksualista to jest coś w rodzaju sztucznej kobitki. A to nieprawda!"

Mam wrażenie, że to właśnie jest owo ziarenko, które uwierało mnie na pierwszym udanym w gruncie rzeczy przedstawieniu nowego sezonu w „Polonii"...
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Nikt nie płacze, nikt nie śpiewa...

czwartek, 16 sierpnia 2007 13:19
Jednym z moich ulubionych filmów jest "Wesele" Andrzeja Wajdy, nakręcone na podstawie sztuki Stanisława Wyspiańskiego. O mało co, zresztą, nie oblałem przez nie matury. Kiedy bowiem w 1976 roku odczytano na sali egzaminacyjnej tematy z języka polskiego, znalazłem wśród nich zgrabne zaproszenie do pofolgowania fantazji. Tak zwany temat "dowolny" brzmiał mniej więcej tak: Opisz film, który jest według ciebie najciekawszą adaptacją dzieła literackiego.
Opisałem oczywiście "Wesele", nakręcone zaledwie kilka lat wcześniej. Nazajutrz spotkałem na szkolnym korytarzu moją polonistkę, która dramatycznie załamując ręce wykrzyknęła: Coś ty mi zrobił! Taki zdolny uczeń a maturę napisał nie na temat!!!
- Jak to - zdziwiłem się - przecież temat dotyczył dowolnego filmu...
- Co z tego - żachnęła się nauczycielka - ale przecież wiadomo, że chodziło o "Noce i dnie", na których dopiero co byłeś razem z klasą!
"Wesele" nigdy nie było faworytem belfrów. Nie było też atrakcyjnym produktem eksportowym dla Filmu Polskiego. Pamiętam, że gdy prasa ogłosiła, że film Wajdy zostanie wyświetlony w Paryżu, rozległo się powszechne narzekanie, że to zmarnowane pieniądze, bo przecież i tak żaden Francuz nic z tego nie zrozumie. Żaden Francuz i w ogóle żaden obcokrajowiec. Wyspiański jest wszak hermetyczny i zbyt polski. Dobrze wyraża naszą duszę, ale - zarazem - czyni ją niezrozumiałą dla reszty świata. Zresztą, czy polska dusza może być dla kogokolwiek poza nami samymi zrozumiała..?
Dobrze, ale przecież na tym właśnie polegała wyjątkowość "Wesela"! Że portretowało duchowy stan rozbitego narodu na progu XX wieku. Świadkowie przez wiele lat wspominali, że kiedy zakończyła się premiera w Teatrze Krakowskim, na sali zaległa taka cisza, że słychać było tylko przyśpieszone bicie serc wzruszonych widzów. Dokonywał się magiczny akt wyrażenia prawdy o Polakach w sztuce.
Czy taki akt powtórzył się w kinie? Pewnie że tak, nie raz, choć dzisiaj chętnie o tym zapominamy, oddając się jałowemu narzekaniu, że polskie filmy są "o niczym". 
Nie zawsze tak było. Takie na przykład "Zakazane piosenki", pierwszy powojenny film polski z minimalną ilością dialogów, za to pełen żywych obrazów (jak w niemym kinie) i piosenek, których melodie precyzyjnie sterowały naszymi emocjami. Naszymi - to znaczy emocjami Polaków, niezależnie od tego, czy żyli w przedstawionych w filmie czasach, czy tylko słyszeli o nich od rodziców lub dziadków. Plejada aktorów (Szaflarska, Mrozowska, Bielicka, Janowska, Duszyński, Świderski, Kurnakowicz), kompletny zestaw emocji i scen-symboli oraz lista śpiewanych na ulicach, w domach i w partyzantce przebojów wojennych.
"Zakazane piosenki" wyraziły swój czas i stan ducha Polaków po wojnie. To, że mimo upływu lat nie popadły w anachronizm, zawdzięczają dwóm cechom. Po pierwsze ten film przesiąknięty był mentalnością inteligencką, zanim stała się ona głównym celem ataków władzy komunistycznej i zanim uległa degeneracji, której efektem okazał się mutant kulturowy, określony przez księdza Tischnera mianem "homo sovieticus". Po drugie - znalazła się w "Zakazanych piosenkach" scena, która doskonale wyraziła prawdę o polskiej duszy. Czy pamiętają państwo ten moment - już po powstaniu i po ucieczce ze zburzonej Warszawy - gdy Halinka (Danuta Szaflarska) spotyka w schronie brata (Jerzy Duszyński) i od niego dowiaduje się, że jej narzeczony zginął? Zapada cisza, tylko w tle słychać tę piosenkę, tę jedyną, śpiewam dla ciebie dziewczyno... Nasza bohaterka siłą powstrzymuje łzy. Nie płacz Halinka, nie można - prosi brat. Na to ona: - Ja nie płaczę, ja śpiewam. I zaczyna ze wszystkimi śpiewać...
To był wielki skrót postawy całego pokolenia, które znalazłó się w sytuacji filozoficznie przekraczającej wszelkie normy odporności emocjonalnej. Z tego wziął się wkrótce potem w innej części Europy egzystencjalizm, będący - zdaje się - znacznie mądrzejszym remedium na zgwałconą psychikę, niż totalitaryzm i komunizm. "Zakazane piosenki" stały się więc swoistym, o pół wieku późniejszym "Weselem", zamieniając przy okazji jego drapieżność i oskarżycielstwo na opatrunek z kamforą.
Potem było wiele filmów opowiadających prawdy cząstkowe, niezbędne do zbudowania i wyrażenia kompletnej prawdy o Polakach: filmy obozowe, frontowe, konspiracyjne, upolitycznione i wręcz propagandowe. Dopiero jednak "Popiół i diament" wzniósł się na poziom skrótu i bezceremonialnej uczciwości, który jak kamerton podał niegdyś Wyspiański. Andrzejewski, a za nim Wajda, zrobili z polskich stereotypów pasztet pełen ostrych, kłujących ingrediencji. Manifest dylematów, na które nie ma słusznej odpowiedzi. Manifest tragedii i benadziei moralnej. Buntu, który nie może liczyć na nagrodę.
Po raz pierwszy zobaczyłem "Popiół i diament" w letnim kinie pod gołym niebem, jakie urządzono w latach 70. w hotelowym parku, w Jałcie na Krymie. Film był dubbingowany. Zbyszek Cybulski opowiadał o swoich dylematach po rosyjsku! Większość przypadkowych widzów nie bardzo rozumiała, o co chodzi. Oglądała przez grzeczność. Ja też nie rozumiałem. Stało się dla mnie jasne, że ten film poza Polską nie ma sensu. I że - podobnie jak "Wesela" - nie wolno go dubbingować.
Polskie filmy nie tylko wyrażały dylematy moralne, polityczne, uczuciowe Polaków, ale czasem nawet je... zastępowały.  Służyły jako rozgrzeszenie lub intelektualna ściągawka. Z nich brało się argumenty, tu szukało się przykładów, którymi potem można było się posługiwać podczas nocnych Polaków rozmów. Tych poważnych, dramatycznych, najważniejszych (tu najlepiej się nadawały filmy-plakaty jak "Człowiek z marmuru", "Człowiek z żelaza", "Barwy ochronne") i tych, które chętnie skręcały w stronę anegdoty. W tym drugim przypadku korzystaliśmy z podpowiedzi obyczajowych, czy wręcz rodzajowych, jakie przynosiły niefrasobliwe na pozór komedie w rodzaju "Samych swoich".
Przedstawiony tu polski obyczaj ludowy, łączący przyzwyczajenia wzięte z kresów wschodnich ze współczesnością ziem odzyskanych, miał w sobie przaśność, jurność i zdrowie. Był wystarczająco anachroniczny, byśmy mieli doń dystans i na tyle nieodległy, by móc jeszcze wywoływać emocje. Niespotykane powodzenie całej trylogii ("Sami swoi", "Nie ma mocnych", "Kochaj albo rzuć") wynikało po części z pogodnego i szlachetnego w gruncie rzeczy wizerunku Polaków, jaki ona tworzyła. Wady nie były tematem szyderstwa lecz dobrodusznego śmiechu. Zaś ten śmiech z samych siebie był bezpieczny, bezkrwawy.
Podobnie było z filmami Stanisława Barei, współczesnymi komediami, pełnymi gagów, które lekceważyli krytycy a nieodmiennie lubili widzowie. Te filmy składały się z tysięcy drobnych obserwacji obyczajowych. Pokazywały wiernie zgrzebną i groteskową rzeczywistość, w której żyliśmy. Było w nich coś ze szczerości i bezkompromisowości gogolowskiego "Rewizora".
Gdy oglądałem je wtedy w kinach, zgłaszałem dziesiątki zastrzeżeń natury artystycznej. Dostrzegałem niekonsekwencje scenariusza, mechaniczne łączenie zbyt wielu epizodów, aktorskie popisy nie zawsze najwyższej próby. Za tym wszystkim kryło się jeszcze wewnętrzne zbrzydzenie przedstawianą rzeczywistością. Te żarty nie zawsze śmieszyły, czasem bolały, bo składały się z prawdy, a widz w kinie znajdował się w sytuacji beznadziei, polegającej na niemożności zmienienia czegokolwiek. Jakkolwiek by to nie było groteskowe i śmieszne...
Gdy dzisiaj oglądam w telewizji powtórki "Misia", czy "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?", ze zdumieniem odkrywam, że odbiór filmów Barei zmienił się całkowicie. Teraz wydają mi się one dużo lepsze. Już mnie nie bolą tamte żarty, bo opisywanej w filmach rzeczywistości dawno nie ma. Śmieję się z absurdów i przypominam sobie świat, który odszedł, z ulgą zauważając, że naprawdę znaleźliśmy się już "w Europie". Miejsce zażenowania groteskowym obrazem polskiej rzeczywistości zajęła nostalgia. Tak! Filmy Barei wydają się dzisiaj lepsze, bo stały się nostalgicznym wspomnieniem innej Polski, której nie musimy się wstydzić, ani stawiać jej czoła.
Czasem się zastanawiam, jak bym się zachował, gdyby los rzucił mnie na samotną wyspę, która przybrałaby formę raju z Ewą i z kinem. Jak opowiedziałbym Ewie o Polsce? Jak ją jej pokazał? Wtedy marzę, niczym Latarnik o "Panu Tadeuszu", by życzliwy los pozwolił mi zabrać ze sobą na samotną wyspę trzy filmy, które najpełniej moim zdaniem oddają to, czym jest dla mnie Polska.
Pierwszy to najlepszy w ogóle film, wyprodukowany w dziejach polskiej kinematografii - "Ziemia obiecana" Andrzeja Wajdy. Syntetyczna prezentacja naszych obsesji etnicznych, symboli  narodowych, ksenofobii, poezji i niedostatku pragmatyzmu. Jest tu wszystko jak w jakimś koncentracie. I w najlepszym gatunku! Wystarczy położyć łyżeczkę tego specyfiku na języku i można godzinami czuć smak Polski. Zawsze niedoskonałej i nigdy nie pozwalającej się zlekceważyć. Można oglądać "Ziemię obiecaną" wiele razy i zawsze znajdować coś nowego, kuszącego artystycznym powabem, śmiałością intelektualną i brawurą warsztatową. Czy nie jest to czasem definicja polskiej niezwykłości?
Drugi film to skromna ekranizacja opowiadania Marii Kuncewiczowej, "Dwa księżyce", którą zrealizował Andrzej Barański. Opowieść o Kazimierzu nad Wisłą i przekrój polskich charakterów, obserwowanych z czułością, okiem wybaczającym, wilgotnym od łez wzruszenia, ale i nadspodziewanie bystrym. Jest tu coś z teatru i z poetyckich koncertów spod znaku "krainy łagodności". Nade wszystko zaś jest tu klimat inteligencki, do którego każdy wykształcony Polak tak tęskni.
Dziś nie ma już w Polsce inteligencji. Część wyginęła w Powstaniu Warszawskim, resztę spauperyzowali i upodlili komuniści z PRL-u. Zabili zwyczaje, zabrali metraże, potłukli cukiernice, ze srebrnych sztućców zrobili medale za zasługi. Nad wiedzę i dobre obyczaje wynieśli kolektywizm i przekraczanie normy. Gdy więc nastał kapitalizm, weszliśmy weń bez własnego, polskiego pomysłu, jak on ma wyglądać. Budujemy teraz nasze życie z zapożyczeń i dziwimy się, że już nie ma filmów, które by wyrażały polskiego ducha, że nie chce się chodzić do teatru, że nie ma ważnych książek o Polsce. Naszą codziennością stały się tłumaczenia.
Dziś w polskim filmie nikt nie płacze (to zbyt patetyczne) i nikt nie śpiewa (ani z radości, ani dla zamaskowania wzruszenia). Co najwyżej - przeklina, by wyrazić brutalnego ducha czasów. Amerykańskie recepty na dobrze skrojony scenariusz (w XIX wieku obowiązywały podobne recepty - francuskie, na dobrze skrojoną sztukę dla teatru) uzupełniane są rachitycznym polskim garni rodzajowym, składającym się z "kurwy", "dupy" i paru ubeków, którzy nie są w stanie tym pożyczkom artystycznym nadać przekonującego, swojskiego charakteru.
Wiem, nie wymieniłem jeszcze trzeciego filmu, który chciałbym pokazać Ewie na samotnej wyspie, by poczuła Polskę. Ten film to "Gwiezdny pył" Andrzeja Kondratiuka i twarz Igi Cembrzyńskiej, gdy na pytanie dlaczego do maszyny snów przyszła taka wystrojona, odpowiada mniej więcej tak: ładne sny mieć będę, to i ładnie się ubrałam...  
W pewnym sensie to jest dla mnie kwintesencja polskości. Mentalność pozbawiona wyrafinowania, prosta, naiwna, ale szczera. Tak bardzo niepragmatyczna, że aż zamieniająca się w poezję. Trudna do przetłumaczenia. Szkoda, że dziś zepchnięta na zapomniany przez Boga i ludzi (czyli media) margines.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Okno na… uśmiechnięty świat

niedziela, 12 sierpnia 2007 13:08
Czy wiecie gdzie jest najstarsze kino świata? Takie, które najdłużej i nieprzerwanie wyświetla filmy, niezależnie od losów historii, wojen, kryzysów, burz i niepogody? Otóż twórcy brytyjskiej Księgi Guinnessa po przejrzeniu wszystkich dostępnych dokumentów ustalili z całą pewnością, że najstarsze jest kino… Pionier w Szczecinie! To wcale nie żarty! Nie we Francji, gdzie odbył się pierwszy pokaz filmów braci Lumiere, nie w Stanach Zjednoczonych, gdzie kinom nadano charakter świątyń masowej kultury, lecz w Szczecinie, gdzie kiedyś panowali książęta pomorscy, potem urodziła się caryca Katarzyna, jeszcze potem śpiewały Filipinki a nie tak dawno temu dokonała się rewolucja Solidarności roku 80.
Istnieją dokumenty potwierdzające, że najstarsze kino świata działało w Szczecinie już w roku 1909 (ale kto to wie, czy nie powstało jeszcze wcześniej?) i działa do dzisiaj, co można sprawdzić na jego stronie internetowej: http://www.kino-pionier.com.pl/kino.html
Maleńka salka na 80 miejsc stała się nawet inspiracją dla poety. Konstanty Ildefons Gałczyński napisał o niej taki oto mało znany wiersz:

MAŁE KINA

Najlepsze te małe kina
W rozterce i w udręce,
Z krzesłami wyściełanymi
Pluszem czerwonym jak serce.
     Na dworze jeszcze widno,
     A już się lampa kołysze
     I cienie meandrem biegną
     Nad zwiastującym afiszem
Chłopcy się drą wniebogłosy
W promieniach sztucznego światła,
Sprzedają papierosy
Irysy i sznurowadła.
     O, już się wieczór zaczyna!
     Księżyc wyciąga ręce.
     Najlepsze te małe kina
     W rozterce i udręce.
Kasjerka ma loki spadziste,
Króluje w budce złocistej,
Więc bierzesz bilet i wchodzisz
W ciemność, gdzie śpiewa film:
     Szeleszczą gaje kinowe,
     Nareszcie inne, palmowe,
     A po chodniku bezkresnym
     Snuje się srebrny dym.
Jakże tu miło się wtulić,
Deszcz, zawieruchę przeczekać
I nic i nic nie mówić i trwać i nie uciekać.
     Srebrzysta struga płynie
     Przez umęczone serce.
     Drzemiesz w tym małym kinie
     Jak list miłosny w kopercie:
„Ty moje śliczne śliczności!
Znów się do łóżka sam kładę.
Na jakimż spotkam cię moście?
Twój
     Pluszowy niedźwiadek.”
Córka poety własnoręcznie opisała historię tego wiersza, napisanego w Szczecinie i dedykowanego przyjacielowi Gałczyńskiego, wielbiącemu to miasto – Stanisławowi Marii Solińskiemu.
Ja też pokochałem Szczecin J W dniach Zlotu Żaglowców (The Tall Ship’s Races 2007) była to z całą pewnością morska stolica Polski. Na święto żeglarzy zjechało z całego świata prawie 2 miliony ludzi. Od 4 do 7 sierpnia sunęli ulicami i portowymi nabrzeżami miasta niczym potok uśmiechów. Szczecinianie promienieli. Chodzili wieczorami na spacery i na nowo odkrywali dobrze sobie znane ulice, teraz wypełnione różnojęzycznym gwarem, młodością i radością. Uczyli się być dumni z tego, że tu mieszkają. Żeglarze z ponad stu największych żaglowców świata powtarzali od rana do wieczora: byliśmy już w wielu portach, ale nigdzie nie było tak pięknie jak tutaj, nigdzie nie było TAKIEJ atmosfery!
Co się stało, że w Szczecinie wszyscy na chwilę zapomnieliśmy o rozpadającej się koalicji, kłamstwach, oszczerstwach, nienawiści która połączyła rządzących nami polityków w jakimś spazmatycznym tańcu śmierci?!
Miałem wrażenie, że organizatorom udała się rzecz niezwykła: przypomnieli nam, że można się do siebie uśmiechać, że nieznajomych można traktować jak przyjaciół a nie wrogów, że nie musimy być wszyscy tacy sami, a różnice w wyglądzie, poglądach i upodobaniach są dowodem na to, że świat jest rozmaity i piękny a nie zepsuty i groźny.
Wieczorami, a właściwie nocami w wielkim namiocie rozbitym na wyspie Łasztownia pokazywaliśmy filmy o tematyce morskiej. Różne: fabularne i dokumentalne, sensacyjne i animowane, stare i nowe, polskie i zagraniczne. Błękitne perły… Wstęp był wolny, projekcje zaczynały się po północy i trwały do białego rana. Przychodzili na nie przede wszystkim młodzi ludzie. Z plecakami, kocami (tylko na wszelki wypadek, bo noce były upalne), termosami z kawą. Poddawali się swoistej transfuzji filmu, bo miałem wrażenie że kino wchodziło im w krew. Gdy zapowiadałem filmy, podchodzili do mnie, dziękowali, dyskutowali o tym, co zobaczyli poprzedniej nocy. Ja też byłem szczęśliwy J Nigdy wcześniej nie czułem się jako krytyk filmowy bliżej swoich odbiorców. A może w tym namiocie, pośród radosnego świętowania ludzi morza nie byłem już krytykiem? Nawet nie PanTomkiem? Tylko jednym z nich?
Ostatniego dnia Zlotu, gdy żaglowce odpłynęły już w kierunku Świnoujścia, trafiłem do stołówki Akademii Morskiej. Podano kotlety schabowe z młodą kapustą, a przy stolikach siedzieli głównie pracownicy służb pomocniczych – porządkowi, ochroniarze, wolontariusze. Przy sąsiednim stoliku usiadł starszy pan w „zlotowym” kombinezonie i młody chłopak, który przyznał się, że właśnie zdał egzamin wstępny do Akademii i od października będzie tu studiował, bo chciałby pracować na morzu. Starszy westchnął: to były moje najszczęśliwsze chwile od 50 lat! Chyba już nie doczekam drugiej takiej imprezy, ale ty możesz mieć to szczęście pewnie jeszcze nie raz…

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  311 381  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O mnie

Tomasz Raczek - krytyk filmowy, publicysta, wydawca oraz autor programów radiowych i telewizyjnych. Ukończył wydział wiedzy o teatrze w warszawskiej Akademii Teatralnej. Stworzył słynny duet z Zygmuntem Kałużyńskim znany z zażartych sporów o filmy prowadzonych zarówno w tv, jak i drukowanych w prasie i książkach. Laureat "Wiktora" oraz nagród za osiągnięcia w dziedzinie krytyki artystycznej (m.in. Nagrody im. Stanisława Wyspiańskiego).
Publikował na łamach "Rzeczpospolitej", "Polityki", "Teatru", "Kina", "The European", "The Montreal Gazette", "Wprost".
Jest autorem książek "Karuzela z idolami", "Pies na telewizję", "Karuzela z madonnami", "Karuzela z herosami" oraz napisanych wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim: "Perłowej ruletki", "Poławiaczy pereł", "Pereł do lamusa" i pięciotomowego leksykonu filmowego "Perły kina".+
Prowadzi własne wydawnictwo książkowe Latarnik, zajmujące się wydawaniem książek o mediach i pisanych przez ludzi mediów.
www.latarnik.com.pl

Zaproszenie

Mamy zaszczyt zaprosić Państwa na Ring Medialny z udziałem Tomasza Raczka organizowany przez słuchaczy Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR na Uniwersytecie Wrocławskim, który odbędzie się 4 kwietnia 2009 o godz. 15:50 w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej (ul. Joliot Curie 15, Wrocław). „Ringi medialne” to cykl otwartych spotkań, które dają szansę studentom oraz wszystkim zainteresowanym na spotkanie ze znamienitymi gośćmi ze świata mediów, polityki i nauki. W poprzednich edycjach Ringów w narożniku zostali postawieni m.in. Monika Jaruzelska, Monika Luft, Janina Paradowska, Dariusz Doliński, Maciej Sowiński, Sławomir Piechota, Jarosław Duda, Piotr Pytlakowski. W tegorocznej edycji, oprócz Tomasza Raczka, odpierać ciosy będą: Łukasz Grass, Magdalena Środa, Tomasz Siekielski i Andrzej Morozowski. Organizacja Ringów, ich oprawy oraz promocji, za którą odpowiedzialni są Słuchacze Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR, jest jednocześnie szansą na realizację projektu dużego eventu i jednym z elementów wymaganych do otrzymania dyplomu.

Polecamy

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 311381

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Wizytówka


http://pu.i.wp.pl/?k=NDAxMTQ5NDAsNDkyODM4&f=Closeup.jpg

Lubię to