Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 742 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Tatarak - introwertyczny przekładaniec

niedziela, 22 lutego 2009 19:55
Oglądałem „Tatarak" w najbardziej sprzyjających okolicznościach: w Berlinale Palast podczas konkursowego pokazu w ramach 59 Festiwalu Filmowego w Berlinie. Był późny wieczór 13 lutego, piątek. Na ten pierwszy publiczny pokaz nowego filmu przybył osobiście reżyser, Andrzej Wajda otoczony swoją ekipą. Nie było w niej co prawda Krystyny Jandy, ale byli odtwórcy głównych ról męskich: Jan Englert i Paweł Szajda.



Wypełniający szczelnie salę widzowie przywitali Wajdę owacją na stojąco. Nie ulegało wątpliwości: traktowano go tutaj jak wielkiego reżysera, który pozostaje dla innych twórców kina niepodważalnym autorytetem. A premierę „Tataraku" uznano niejako awansem za ważne wydarzenie festiwalu. Tak samo przyjmowano tu kiedyś film Felliniego, „Ginger i Fred". Pamiętam tamten nastrój, tamtą konferencję prasową i wspólne na niej wystąpienie Felliniego i Giulietty Masiny... Ile trzeba osiągnąć, żeby zasłużyć na taki kredyt zachwytu! I jak trzeba wtedy uważać na błędy...


„Tatarak", zrealizowany został na motywach opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, ale zaczyna się od całkiem innej historii: od opowieści Krystyny Jandy o chorobie i umieraniu jej męża, wybitnego operatora filmowego, Edwarda Kłosińskiego.



Pojawia się w wystylizowanym na obraz Edwarda Hoppera kadrze - jakiś obszerny ledwie umeblowany pokój (hotelowy?), jakieś okno nie zachęcające by przez nie wyjrzeć, jakby niewychodzące na świat. Stojące w bezruchu powietrze, starannie dobierane słowa, zdziwione własnym pragmatyzmem emocje.


Przez chwilę wygląda to na filmowy monodram, ale zaraz pojawia się druga warstwa przekładańca: paradokumentalny zapis przygotowań ekipy filmowej do ekranizacji opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza - „Tatarak". Wajda ćwiczy z aktorami (znowu Janda i Jan Englert) czytanie kwestii aktorskich, operator ustawia kadry, oświetleniowcy światło, scenografowie rekwizyty.



Potem zacznie się właściwa opowieść: o żonie doktora (Janda), mieszkającej z nim po wojnie w małym polskim mieście nad Wisłą, u której mąż (Englert) odkrywa zaawansowanego raka, ale postanawia jej o tym nie mówić. Zbliża się lato, którego pani Marta może już nie przeżyć. I właśnie wtedy pojawia się w życiu bohaterki młody chłopak, Boguś (Paweł Szajda). Spotykają się przypadkiem w czasie potańcówki nad Wisłą. Nie tańczą: on gra w karty z kolegami, ona rozmawia z koleżanką i częstuje ją "płynnym owocem". Ale przyciągają się. Boguś okazuje się przypomnieniem młodości, swoistym prezentem od losu a Marta nie zamierza tego odrzucać.




Trzywarstwowy przekładaniec z tataraku ma różne smaki: warstwa Jandy (hopperowski monodram) jest wytrawna i ciemna jak gorzka czekolada, ale w dobrym gatunku - pozbawiona kwaśnej nuty; warstwa Wajdy (obrazki z planu w stylu „Wszystko na sprzedaż") - jest lekko winna  niczym zaimprowizowana sałatka skropiona sosem vinegrette; warstwa Iwaszkiewicza (opowieść o pani Marcie i Bogusiu, zrealizowana w klimacie „Śmierci w Wenecji" Viscontiego) zwodzi pozorną słodyczą, która szybko zamienia się za sprawą gorzkich ziół w smak ściskający gardło.




„Tatarak" przyjęto w Berlinie z powagą należną dziełu mistrza. Nie było jednak entuzjazmu, uniesień, okrzyków ani prób udowodnienia, że obejrzeliśmy arcydzieło. Bo to nie jest zapierający dech artystyczny piruet lecz raczej rodzaj ćwiczeń z tematu „śmierć", wykonanych przez parę dojrzałych artystów, będących w tym momencie życia, gdy mówi się ściszonym głosem: bez emfazy, bez złotych myśli i emocjonalnej koloratury. Szlachetnie.




Wajda otrzymał w Berlinie nagrodę im. Alfreda Bauera dla reżysera, który „wyznacza nowe perspektywy sztuki filmowej". To - paradoksalnie - najwłaściwsza forma docenienia tego, co zrobił. Ta nagroda nie kłamie; skromnie ale dobitnie przypomina, że taki introwertyczny przekładaniec z tataraku jest równie ważnym powołaniem filmu jak robienie popisowych widowisk. A wkrótce - być może - okaże się potrzebny jeszcze bardziej, bo ilość zagrożeń, a co za tym idzie najpierw lęków a potem strat, w naszym życiu nie tylko nie maleje, ale wzrasta.

Nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, czy warto iść na "Tatarak" do kina. Odpowiedź zależy bowiem nie od wartości filmu, lecz od dyspozycji widza.

Jeśli ten ostatni jest w fazie "out", polegającej na wyrzucaniu z siebie zbędnej energii i zachłannym rozglądaniu się w poszukiwaniu karmy dla oczu i swoich emocji, może go "Tatarak" znużyć a nawet - nie daj Boże - zdołować. Wtedy należy uważać i nie obiecywać sobie po wizycie w kinie zbyt wiele.

Jeśli jednak widz przeżywa fazę "in", zagląda w siebie trochę z ciekawością a trochę z lękiem i czuje że aby zrobić porządek z tym co widzi, potrzebuje wsączyć w siebie parę kropel oliwy refleksji, "Tatarak" jest dla niego. Nawilża duszę łagodnie i niepostrzeżenie, w fałdach półcieni skutecznie ukrywa egzystencjalny strach.



Luchino Visconti malował swoje pożegnanie z młodością, radością, życiem na tle ogarniętej epidemią Wenecji. Tylko młodziutki Tadzio na pustoszejącej plaży przypominał o tym, co nieuchronnie mijało. Wajda potrzebował na tło dla Bogusia plaży nad Wisłą i sylwetki Grudziądza w oddali. Obyło się bez epidemii: pożegnanie zawsze znajdzie okazję, by zrobić sobie entrée...

 

Podziel się
oceń
7
1

komentarze (48) | dodaj komentarz

Berlinale

wtorek, 10 lutego 2009 13:14


Pozdrowienia z festiwalu filmowego w Berlinie. Już wkrótce opiszę co widziałem (w kinie) i słyszałem (w kuluarach). Szczególnie cieszę się na prapremierę nowego filmu Andrzeja Wajdy pt. "Tatarak" z Krystyną Jandą w roli głównej. Szczególnie - bo to adaptacja bardzo lubianej przeze mnie prozy Jarosława Iwaszkiewicza a poza tym film Wajdy NARESZCIE JEST W KONKURSIE!

Podziel się
oceń
4
1

komentarze (33) | dodaj komentarz

Droga do szczęścia - fałszywa prawda

niedziela, 01 lutego 2009 13:04
Naprawdę nie wiem skąd u polskich dystrybutorów takie zamiłowanie do nieszczęśliwych tłumaczeń dobrych amerykańskich tytułów. „Droga do szczęścia" ma być polskim odpowiednikiem oryginalnego „Revolutionary Road" - inne znaczenie, inna intencja, inny klimat, inny diapazon. To tak jakby ta truflę powiedzieć: grzyb! Stanowczo język giętki opuścił na chwilę tłumacza...


Ten fałsz dotyczący tytułu paradoksalnie dobrze określa jednak główny problem filmu: fałszywą prawdę w artystycznie efektownym wydaniu. Wszystko tutaj oparto na chwiejnym anachronizmie i postarano się by skutecznie udać, że go nie ma. Takie strusie wypięcie tyłka na realia za to w figurowy sposób.



Sam Mendes (43-letni laureat Oscara za reżyserię filmu „American Beauty", od 6 lat szczęśliwy mąż Kate Winslet i ojciec jej syna) zrealizował ekranizację debiutanckiej powieści Richarda Yatesa „Revolutionary Road" z 1961 roku. Książka została wówczas przyjęta jako wydarzenie literackie, 35-letniego autora skutecznie przemieniając z dziennikarza w pisarza. Uznano, że doskonale udało mu się oddać psychiczny stan Amerykanów, żyjących w latach 50. w idyllicznych na pozór suburbiach. Ale życie tam nie było idyllą. Pośród piętrzących się schematów, mieszczańskich stereotypów, naciąganej moralności i ograniczonych horyzontów dobrze czuli się tylko ludzie przeciętni i bez charakteru. Ci, których potrzeby wykraczały poza szeregową układność dramatycznie przeżywali kolejne etapy amputacji marzeń. Czasem nie wytrzymywali tej tortury...



Podobny obraz namalował już Mendes w „American Beauty" a Stephen Daldry w „Godzinach"; teraz mamy „Drogę do szczęścia". Ale tym razem pojawia się dysonans: film został opowiedziany w sposób nowoczesny, sugerując nam, że historia April (Kate Winslet) i Franka (Leonardo di Caprio), którzy najpierw przeżywają romans, potem pobierają się w przeświadczeniu, że nie tylko kochają się, ale także są wyjątkowi, lepsi od otaczających ich szaraków, artystycznie wrażliwi i utalentowani a w rezultacie lądują w małym podmiejskim domku, wiodąc stereotypowe życie urzędniczego małżeństwa, w którym mąż pracuje w biurze a żona zajmuje się domem - jest wciąż aktualna, wręcz ponadczasowa i zapewne nas także może dotyczyć.

Tymczasem tak nie jest! Od lat 50. upłynęło ponad pół wieku i w życiu społecznym zarówno amerykańskich suburbiów jak i całego świata wiele się zmieniło: przede wszystkim zupełnie inne jest miejsce kobiet w społeczeństwie. Model niepracującej kury domowej został wyparty przez nowy wzorzec agresywnej samicy, znacznie lepiej od mężczyzn radzącej sobie z realiami życia, karierą zawodową (wymagającą dzisiaj nie tylko hipokryzji, ale także systematyczności i dokładności) oraz obciążeniami psychicznymi. Dzisiaj mężczyźni coraz częściej myślą o przechodzeniu na urlop „tacierzyński" a ich kobiety zostają prezesami w firmach, w których zatrudniają innych mężów...

Historia Franka i April stała się nieodwołalnie anachroniczna i daleko odbiegająca od społecznego nastroju pierwszych lat XXI wieku. Nie uwierzyłem popisowo grającej Kate Winslet w rozpacz i świadomość przegranego życia jej bohaterki. Jej finałowy gest wydał mi się pusty i nieuzasadniony...



Ten film nie miał opowiadać o drodze do szczęścia, bo ono majaczy w nim na horyzoncie niewyraźnie niczym falująca urojeniem fatamorgana. Miał krzyczeć o rewolucji, która musi się dokonać w skostniałym i okaleczającym ludzi społeczeństwie, o drodze która prowadzi do nieuchronnego buntu. Nie do szczęścia, panie tłumaczu, ale do buntu i walki o siebie! To wcale nie drobna różnica!



A potem do tablicy, która mówi, że ta droga jest donikąd... To już sugestia autora sprzed pół wieku i pytanie Sama Mendesa, który pragnie wierzyć, że nie jest ono retoryczne. Ale świat się zmienił, o czym Mendes doskonale wie tylko udaje, że tego nie zauważa. Kreśli swoje efektowne figury na celuloidzie, pozwala swojej żonie dostawać za nie Złoty Glob i zgadza się, by opowiadana przez niego prawda pachniała fałszem. Właśnie dlatego temu filmowi daleko do „American Beauty" - w mojej pamięci pozostanie tylko udanym ćwiczeniem z filmowej retoryki.

Podziel się
oceń
2
2

komentarze (47) | dodaj komentarz

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  311 378  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
232425262728 

O mnie

Tomasz Raczek - krytyk filmowy, publicysta, wydawca oraz autor programów radiowych i telewizyjnych. Ukończył wydział wiedzy o teatrze w warszawskiej Akademii Teatralnej. Stworzył słynny duet z Zygmuntem Kałużyńskim znany z zażartych sporów o filmy prowadzonych zarówno w tv, jak i drukowanych w prasie i książkach. Laureat "Wiktora" oraz nagród za osiągnięcia w dziedzinie krytyki artystycznej (m.in. Nagrody im. Stanisława Wyspiańskiego).
Publikował na łamach "Rzeczpospolitej", "Polityki", "Teatru", "Kina", "The European", "The Montreal Gazette", "Wprost".
Jest autorem książek "Karuzela z idolami", "Pies na telewizję", "Karuzela z madonnami", "Karuzela z herosami" oraz napisanych wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim: "Perłowej ruletki", "Poławiaczy pereł", "Pereł do lamusa" i pięciotomowego leksykonu filmowego "Perły kina".+
Prowadzi własne wydawnictwo książkowe Latarnik, zajmujące się wydawaniem książek o mediach i pisanych przez ludzi mediów.
www.latarnik.com.pl

Zaproszenie

Mamy zaszczyt zaprosić Państwa na Ring Medialny z udziałem Tomasza Raczka organizowany przez słuchaczy Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR na Uniwersytecie Wrocławskim, który odbędzie się 4 kwietnia 2009 o godz. 15:50 w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej (ul. Joliot Curie 15, Wrocław). „Ringi medialne” to cykl otwartych spotkań, które dają szansę studentom oraz wszystkim zainteresowanym na spotkanie ze znamienitymi gośćmi ze świata mediów, polityki i nauki. W poprzednich edycjach Ringów w narożniku zostali postawieni m.in. Monika Jaruzelska, Monika Luft, Janina Paradowska, Dariusz Doliński, Maciej Sowiński, Sławomir Piechota, Jarosław Duda, Piotr Pytlakowski. W tegorocznej edycji, oprócz Tomasza Raczka, odpierać ciosy będą: Łukasz Grass, Magdalena Środa, Tomasz Siekielski i Andrzej Morozowski. Organizacja Ringów, ich oprawy oraz promocji, za którą odpowiedzialni są Słuchacze Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR, jest jednocześnie szansą na realizację projektu dużego eventu i jednym z elementów wymaganych do otrzymania dyplomu.

Polecamy

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 311378

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Wizytówka


http://pu.i.wp.pl/?k=NDAxMTQ5NDAsNDkyODM4&f=Closeup.jpg

Lubię to