Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 840 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Odbite światła!

sobota, 29 listopada 2008 13:03
W „Małej Moskwie" wszystko jest odbite i wtórne przez co ten nagrodzony główną nagrodą na ostatnim festiwalu w Gdyni film jest pozbawioną prawdziwych emocji namiastką.



Mała  Moskwa to Legnica, polskie miasto w czasach PRL-u zamienione na wielką bazę sprzymierzonych wojsk radzieckich. W Legnicy było wtedy tylu Rosjan, że mówiono o niej - trochę ze strachem a trochę z przekąsem - „mała Moskwa".
Polacy nie byli zadowoleni z tego, że wojska radzieckie stacjonowały na naszych ziemiach, będąc przez cały ten czas gwarantem nienaruszalności systemu komunistycznego. W roku 1968 stamtąd właśnie wyprawiono się do Czechosłowacji z „braterską interwencją", by stłumić rodzące się ruchy wolnościowe. To był wstyd, którego długo nie zapomnimy, bo obok radzieckich czołgów przekroczyli granicę także polscy żołnierze.

Gdy tylko Polska pozbyła się wiodącej roli partii komunistycznej i przeistoczyła z PRL-u w całkowicie niezależną III Rzeczpospolitą, pozbyliśmy się radzieckich wojsk stacjonujących w Legnicy. Odpowiednie dokumenty podpisał prezydent Lech Wałęsa. Pozostały opuszczone koszary, zdewastowane budynki, mniejsze i większe miasta-widma rozsiane w różnych miejscach zachodniej Polski. W Legnicy zrobiło się tak pusto, że aż powstało miejsce na nostalgię...

Właśnie na tej nostalgii zahaczył swój filmowy pomysł Waldemar Krzystek: po raz pierwszy w polskim kinie opowiedział historię związaną ze stacjonowaniem wojsk radzieckich w Polsce, nawiązał nawet do interwencji w roku 68 w Czechosłowacji, ale przedstawił to wszystko przy okazji... romansu.

Czy to zaskakujący pomysł? Tylko w pierwszej chwili, dopóki nie odrzucimy myśli, że Krzystek chciał zrobić wybitne kino i nie zaczniemy podejrzewać, że raczej na kinie chciał przyzwoicie zarobić. A żeby to się udało postanowił skorzystać ze sprawdzonych wzorców.

Siadam więc do katalogu zrealizowanych już wcześniej z sukcesem finansowym recept na komercyjne kino, przeglądam tytuł po tytule i... mam! Znalazłem tę, na której wzorował się Krzystek i za sprawą której film „Mała Moskwa" świeci podwójnie odbitym cudzym światłem.
Czy pamiętacie państwo wielką miłość dwóch pilotów do pięknej dziewczyny mieszkającej w bazie wojskowej? Kogo wybierze? Przecież wie, że nie powinna zdradzić pierwszej miłości? W wojskowej zawierusze nie wszystkie wiadomości docierają jednak do miejsca przeznaczenia, nie o wszystkim wiadomo, nie wszystko, o czym się mówi jest prawdą... Tak, to wielki wojenny fresk z 2001 roku, „Pearl Harbor", a w nim trójka bohaterów grana przez Bena Afflecka, Josha Hartnetta i Kate Beckinsale.



Z wyciągniętą ze świeżego filmowego lamusa fiszką w ręku oglądam „Małą Moskwę" smutno kiwając głową. Zgadza się - i to, i to, i to! Tylko wszystko jest mniejsze, mniej ważne, mniej wiarygodne, mniej przekonujące. Mniejsza wojna, mniejsze samoloty, mniejsza miłość.

„Mała" to słowo klucz dla „Małej Moskwy" - miniaturowy romans między żoną rosyjskiego lotnika z Legnicy a kulturalno-oświatowym oficerem wojska polskiego z trudem wywołuje wzruszenie u widza, mimo, że dziewczyna (grana znakomicie przez Rosjankę, Swietłanę Chodczenkową) jest nie tylko piękna, ale jeszcze brawurowo śpiewa „Grande Valse Brillante" z repertuaru Ewy Demarczyk. Trzeba by zapytać naszej wielkiej Ewy, czy akceptuje taką wersję swojego przeboju, ale domyślam się, że ta interpretacja spodobałaby się jej bardziej niż wiele innych, proponowanych dotąd przez polskich artystów. Bo jest prawdziwie aktorska; jest teatrem uczuć, którego mistrzynią przez lata była wszak Demarczyk!

Jednak „Mała Moskwa" w pogoni za komercyjnym efektem upraszcza wszystko pozostałe: sytuację polityczną, obraz armii, historyczną relację z interwencji wojsk RWPG w Czechosłowacji, wreszcie uczucie. Nie sposób uwierzyć w miłość Wiery do Michała, bo on wydaje się być tylko niemoralnie bezmyślny a ona - na ślepo dąży do samozatracenia. Delikatne sugestie, że końcowa tragedia, która ma nas skłonić do łez, jest rezultatem panującej w wojsku bezduszności i prowokowanym politycznymi wytycznymi okrucieństwem, zawisają w próżni niczym mucha, która ze zdumieniem orientuje się, że ani nie leci, ani nie bzyka...

Jeśli ten film ma być najlepszym polskim filmem ostatniego roku, to podtrzymuję moją wcześniejszą opinię, że nie widzę powodów do odtrąbienia końca kryzysu w tej dziedzinie.

Podziel się
oceń
2
0

komentarze (31) | dodaj komentarz

Słowny szlam

poniedziałek, 24 listopada 2008 13:55
Lubię internet. Spędzam dużo czasu na poszukiwaniu informacji i podtrzymywaniu kontaktów właśnie w sieci, chociaż uczciwie przyznaję, że tego czasu nigdy dość. Nie na wszystkie pytania więc odpowiadam, nie wszystkie zaczepki zauważam, nie wszystko do mnie dociera. Zdaję sobie sprawę, że coraz bardziej potrzebne są narzędzia porządkujące i regulujące ruch w internecie, zupełnie tak samo jak to się dzieje z ruchem na skrzyżowaniach w ruchliwych miastach.

Co jednak zrobić, by nie ograniczyć przy okazji wolności, z której my internauci jesteśmy tak dumni? Przydałby się sposób na destylację tego, co najcenniejsze, odrzucający zarazem na bok wszelkie myślowe obierki, ten słowny szlam, jaki zalega w forach i blogach internetowych niezależnie od języka w którym są pisane.


I właśnie destylacji internetowych blogów podjęli się twórcy z krakowskiego Starego Teatru: postanowili najciekawsze blogi opracować, dać w ręce zawodowym pisarzom i zrobić z nich prawdziwą sztukę. A właściwie trzy jednoaktówki. I powstał spektakl, z którym przyjechali nawet w odwiedziny do Warszawy. Tutaj go zobaczyłem.


Właściwie wszystko powinno być OK: dodano najlepsze ingrediencje i zamieszano z fasonem. W „Niebieskiej sukience" wystąpiła sama pierwsza dama Starego Teatru - Iwona Bielska, którą podziwiam od samego początku jej kariery, czyli głównej roli w szkolnym przedstawieniu „Nadobnisie i koczkodany" w reżyserii Krystiana Lupy, chyba 30 lat temu. Tekst bloga „barbarelli" opracował Jacek Poniedziałek - można więc było oczekiwać wydarzenia na miarę „Aniołów w Ameryce". Ale wydarzenia nie było.




Nie ma w tym winy Bielskiej, ani Poniedziałka! W ogóle - chyba - nie ma tu niczyjej winy, bo błąd tkwił w pomyśle. Jeśli przyjmujemy, że w blogach pisanych anonimowo autorzy przedstawiają swoje prawdziwe charaktery, pozbywając się przymusu dopasowywania się do obowiązujących schematów, popełniamy błąd. Blogi bynajmniej nie zawierają prawdy o ludziach, tak jak opinie wyrażane przez nich na forach internetowych nie są w większości ich prawdziwymi przekonaniami. Człowiek już tak ma, że posadzony na przeciwko maszyny szybko zaczyna bić pianę ze swoich myśli, zamiast wyciągać z nich piękną jedwabną nić. Pianę, która potem tworzy ów słowny szlam, przez wielu niesłusznie uważany za fotografię duszy współczesnego człowieka.


Do rozwijania myśli potrzebna jest opozycja, trudność którą trzeba pokonać i zmusić się do większego wysiłku czyli... rozmówca. To właśnie wymiana myśli prowadzi do destylowania się poglądów. Komputer nie zastąpi rozmówcy. Nawet jeśli podsunie wypowiedzi innych forumowiczów czy blogerów. Zabraknie jednak spojrzenia w oczy! Bez niego internetowi rozmówcy pozwalają się zatrzasnąć w swoich wizerunkach niczym na przypadkowo strzelonych przez uliczny automat fotografiach. Przyznacie, ze tak głupich min jak na tych zdjęciach w życiu nigdy nie miewamy...


Tymczasem teatralną machinę zaprzęgnięto właśnie do oprawienia w kunsztowne aktorskie ramy takich dziwacznych ludzkich obrazków ubitych ze słów, pieniących się jak mydełko Fa... Nie pomógł nawet lingwistyczny zmysł Doroty Masłowskiej, która opracowała drugą jednoaktówkę „My dziecisieci" na podstawie tekstów pewnej 17-latki z Gryfina. Słowa i tutaj pieniły się efektownie w ustach Adama Nawojczyka, ale nic ważnego, wartego zapamiętania z nich nie powstało. Ot piana, mydliny, słowny szlam...




Potrzebujemy narzędzi destylacji. Potrzebujemy rozmów w 4 oczy, nie ulotnych i głupiutkich „small-talków". Potrzebujemy precyzji w posługiwaniu się słowami i odpowiedzialności za nie. Potrzebujemy jasnego postawienia sprawy, ze z anonimowych (czyli niepodpisanych) wypowiedzi nigdy nie wyniknie żadna prawda ani o nas, ani o naszym świecie. Nawet wtedy jeśli spróbują ją pokazać w światłach rampy zawodowi prestidigitatorzy.



Podziel się
oceń
1
0

komentarze (23) | dodaj komentarz

Oj, pani Basiu od Bonda!

sobota, 15 listopada 2008 11:23
Nowy Bond - „Quantum of Solace" - jest jak biały chłopak, który usiłuje naśladować czarnych raperów: za cenę upodobnienia się do bohaterów, których podziwia, wyrzeka się swojej własnej oryginalności. Nowy Bond nie jest już Bondem, choć ciągle z niego odważny agent Jej Królewskiej Mości a z filmu o nim niezły sensacyjny kawałek. Ale tylko tyle: niezły i sensacyjny. No może jeszcze - komiksowy, bo właśnie komiks nowa producentka Bonda uczyniła kluczem do kontynuacji przygód ulubionego brytyjskiego bohatera.



Klasyczne filmy o agencie 007, te które zrealizowano jeszcze na podstawie powieści Iana Fleminga i w których główną rolę grali Sean Connery, Roger Moore czy Pierce Brosnan, były wyposażone w szereg unikalnych w świecie współczesnego kina sensacyjnego cech: bogactwo niuansów, elegancję, lekki seksizm i unikalne, angielskie poczucie humoru. Dawało to mieszankę nowoczesnej przygody, męskiego gadżeciarstwa i nieco staromodnego stylu przydającego filmom ponadczasowego wdzięku. To były bajki, ale opowiedziane z brawurą i europejskim przymrużeniem oka. Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że cykl o agencie 007 stanowił swego rodzaju zabawę w film sensacyjny.

Rzeczy zaczęły się komplikować wraz ze śmiercią głównego producenta i pomysłodawcy cyklu, Alberta R. Broccoli w roku 1996. To on kiedyś wpadł na pomysł, by przenieść na duży ekran bohatera powieściowego cyklu Iana Fleminga, to on wybrał na jego pierwszego odtwórcę Seana Connery'ego i to on doprowadził do premiery pierwszego Bonda - „Doktora No" w roku 1962. Przez wszystkie następne lata i kolejne odcinki cyklu był duszą całego projektu. Jednak, gdy jego zabrakło a pałeczkę producenckiej sztafety przejęła córka, Barbara Broccoli, coś się zmieniło.

Barbara nie była mężczyzną i miała na temat bohaterskiego agenta całkiem inny pogląd. Nie bawiło jej, że wciąż podrywa on nieszczęśliwie w nim zakochaną koleżankę z pracy - więc zlikwidowała postać Moneypenny. Nie rozumiała męskiej słabości do elektronicznych gadżetów więc wykorzystała śmierć aktora, Desmonda Llewelyna i zlikwidowała przez wiele lat graną przez niego postać Q - konstruktora super-zabawek brytyjskiego szpiega. Wreszcie irytował ją niepoprawny politycznie seksizm Bonda, który „zaliczał" wszystkie ładne dziewczyny w swoim otoczeniu, pozostając tylko powierzchownie podatnym na ich wdzięki, więc kazała mu się wreszcie naprawdę zakochać a nawet zostać mścicielem zamordowanej kochanki.


Oj pani Basiu! Strasznie pani namieszała w świecie Bonda! Zabrała mu pani cała radość życia! I styl, i wdzięk, i ponadczasową bajkowość! Sprowadziła go pani na ziemię, pobrudziła, umorusała, poraniła i uczyniła smutnym! Zabiła w nim pani dżentelmena i Anglika!


W wyniku manipulacji pani Basi urodził się nowy Bond - poskładany ze skrawków i pośpiesznie pozszywany Frankenstein Jej Królewskiej Mości: ponury, chamowaty, nie znający się na mieszaniu drinków ani na podrywaniu kobiet, wiecznie utytłany i posiniaczony. Smutny Bond XXI wieku.


Żeby jakoś ratować swojego bohatera pani Basia postanowiła uciec się do jedynego możliwego manewru - ponownego przeniesienia go w świat bajki. Tym razem jednak bajki mrocznej, spod znaku komiksu filmowanego w ostatnich latach w stylu psychodelicznym (patrz najnowszy Batman - „Mroczny rycerz" z Heathem Ledgerem w roli Jokera!). W ten sposób na naszych oczach Barbara Broccoli przemontowała Bonda i z angielskiego dżentelmena przerobiła go na komiksowego mściciela.




„Qantum of Solace" okazuje się konsekwentnie zrealizowaną opowieścią komiksową - wszystkie ujęcia zostały zaplanowane jak kadry z nowoczesnego, artystycznego komiksu. Chwilami bywają nawet wyrafinowane w swojej graficznej pośpieszności, ułamkowości, gorączce tłoczących się detali, z których widz-czytelnik sam musi sobie poskładać opowiadaną historię. Bywa to nawet wciągające, choć przez cały czas towarzyszy nam świadomość, że to już nie Bond.

To szok mniej więcej taki, jakby w kawiarni zamiast czekoladowego tortu z kawą capuccino podano nam kawał krwistego mięsa z czerwonym winem. Rezultat? Nie zawsze przyjemne zdziwienie...


„Quantum of Solace" jest filmem przejściowym, noszącym wszystkie znamiona formalnego poszukiwania. Nie przekreśla jeszcze przyszłości agenta 007, ale stawia ją pod wielkim znakiem zapytania. I... wywołuje nieuniknioną tęsknotę za dawnym Bondem, tym którego ciągle jeszcze pokazują nam w telewizji.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (22) | dodaj komentarz

Meine kleine Schnitzel

wtorek, 04 listopada 2008 10:44
Właśnie wróciłem z Kolonii, dokąd poleciałem na koncert Cyndi Lauper. Znajomi donoszą mi, że podróżują po Europie, a nawet po świecie (ostatnio dostałem sms-a aż z  Vancouver) w pogodni za Madge, czyli Madonną, która daje efektowne show w największych halach a ja wybrałem się z Marcinem na koncert jej niegdysiejszej konkurentki, powracającej triumfalnie acz z mniejszym niż Madonna przytupem.

Drobniutka Cyn (160 cm wzrostu) - jak sama mówi o sobie - zaczynała prawie równolegle z Madonną w 1983 roku (miała wtedy 30 lat!) a dwa lata później otrzymała nagrodę Grammy w kategorii „najlepszy nowy artysta" i jako pierwsza w historii umieściła aż 5 singli z debiutanckiego albumu w pierwszej dziesiątce listy przebojów. Lansowała wtedy - również podobnie jak Madonna - post-punkowy styl ekscentrycznej dziewczyny w poszarpanym ubraniu, z wieloma krzykliwymi ozdobami na rękach, w uszach i we włosach.




Wkrótce jednak jej droga kariery zaczęła się różnić od tej, którą wybrała Madonna. Przede wszystkim chciała sama komponować piosenki a to nie podobało się wytwórni płytowej, pragnącej kompletować jej repertuar z utworów kupowanych od modnych aktualnie autorów. Na pierwszym albumie udało jej się umieścić tylko jeden własny utwór - „Time after time" - za to stał się on największym przebojem i prawie od razu klasykiem. Cyn zdecydowała się na zwarcie: walczyła o siebie i o swoją wolność; nie chciała kalkulować lecz cieszyć się muzykowaniem. Prowokowała, z premedytacją nie mieściła się w żadnej szufladce: ani pop, ani rock, ani indie. Wydawała płyty (w sumie 11 albumów), miała przeboje (w sumie 40) i sprzedawała je na całym świecie (w sumie 25 milionów płyt), ale bodaj z największym sukcesem w... Japonii.

Japończycy po prostu zwariowali na jej punkcie. Okazała się dla nich w sam raz wyrafinowana i oryginalna. Niektóre jej płyty ukazały się tylko w kraju kwitnącej wiśni! Na dodatek znalazła w nim także męża...


Gdy Madonnę okrzyknięto królową popu, Cyndi Lauper zabrała swoje manatki z wytwórni płytowej Sony i postanowiła swoją karierą kierować sama. Śpiewała o masturbacji („She Bop") a jej kolejny wielki przebój „True colors" sprawił, że szybko stała się ikoną gejów i lesbijek. W czerwcu 2007 roku Cyn wyruszyła w wielką trasę „True colors" po USA i Kanadzie na rzecz Human Rights i walki z dyskryminacją mniejszości seksualnych. To był jej wielki sukces! Na koncertach towarzyszyli jej m.in.: Deborah Harry, Erasure, Rosie O'Donnell, B-52's, Joan Jett, Joan Armatrading, Nona Hendryx i Sarah McLachlan.


I właśnie wtedy Cyndi Lauper postanowiła nagrać płytę z zupełnie zaskakującym repertuarem. Stało się to 27 maja 2008 roku. Album „Bring Ya To The Brink" ukazał się prawie równocześnie z najnowszym albumem Madonny - „Hard Candy". Oba mają charakter taneczny i oba dają świadectwo ponadczasowej klasy nagrywających je artystek.




Madge znalazła się na pierwszych stronach magazynów a plakaty z jej wizerunkiem zdominowały w wielu miastach charakter ulic. Cyn skroiła swoją promocję skromniej - także wyruszyła w międzynarodową trasę, ale po to, by śpiewać nie w halach i na stadionach lecz w klubach.

I właśnie na taki koncert, w kolońskim klubie E-Werk, wybrałem się z Marcinem, który od lat jest zapalonym wielbicielem Cyndi. Byłem ciekaw tego spotkania...


Lauper pojawiła się na estradzie ze sporym opóźnieniem (na lotnisku zagubiono część jej instrumentów); w kusym żakiecie z nastroszonej tafty wyglądała jak dziwaczny ptaszek z przetrąconym ogonkiem... Ale zaśpiewała fantastycznie. Jej 4-oktawowy głos okazał się silny i świeży jak dwadzieścia lat temu, gdy jej piosenki były na pierwszych miejscach list przebojów. Sale wypełnił tłum 30 i 40-latków. Fajni dojrzali ludzie, ubrani na luzie bez śladów prób niewolniczego podążania za modą. To nie byli tzw. „schicki-miki", jak mówi się o nich w Niemczech!




Pewnie dlatego wybuchnęli śmiechem, gdy wściekła na początku Cyndi (wszystko przez te zagubione instrumenty) przemówiła znienacka do publiczności - „Meine kleine Schnitzel". Najpierw zapadła cisza... a potem były już tylko śmiech i brawa. Cyn i jej fani powoli zaczynali się rozkoszować swoją obecnością. Ona bisowała, oni nie ruszali się z miejsc i chcieli więcej. Wreszcie muzycy jej zespołu zniknęli za kulisami, a ona przytaszczyła jakiś zastępczy (bo właściwy zaginął na lotnisku) instrument strunowy, usiadła na krzesełku, położyła go sobie na kolanach i zaczęła śpiewać „True colors"... A cala publiczność z nią.

Wtedy poczułem że Cyn jest sobą. Nikogo nie udaje, robi to co lubi, jest chwilami obcesowa a chwilami ujmująco szczera i kochana. Jak przyjaciółka. Tak, ten koncert to było spotkanie przyjaciół.


Nie byłem na ostatnim koncercie Madonny. Ciekaw jestem, czy tam też było coś o przyjaźni?



Podziel się
oceń
1
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

piątek, 22 września 2017

Licznik odwiedzin:  0  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O mnie

Tomasz Raczek - krytyk filmowy, publicysta, wydawca oraz autor programów radiowych i telewizyjnych. Ukończył wydział wiedzy o teatrze w warszawskiej Akademii Teatralnej. Stworzył słynny duet z Zygmuntem Kałużyńskim znany z zażartych sporów o filmy prowadzonych zarówno w tv, jak i drukowanych w prasie i książkach. Laureat "Wiktora" oraz nagród za osiągnięcia w dziedzinie krytyki artystycznej (m.in. Nagrody im. Stanisława Wyspiańskiego).
Publikował na łamach "Rzeczpospolitej", "Polityki", "Teatru", "Kina", "The European", "The Montreal Gazette", "Wprost".
Jest autorem książek "Karuzela z idolami", "Pies na telewizję", "Karuzela z madonnami", "Karuzela z herosami" oraz napisanych wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim: "Perłowej ruletki", "Poławiaczy pereł", "Pereł do lamusa" i pięciotomowego leksykonu filmowego "Perły kina".+
Prowadzi własne wydawnictwo książkowe Latarnik, zajmujące się wydawaniem książek o mediach i pisanych przez ludzi mediów.
www.latarnik.com.pl

Zaproszenie

Mamy zaszczyt zaprosić Państwa na Ring Medialny z udziałem Tomasza Raczka organizowany przez słuchaczy Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR na Uniwersytecie Wrocławskim, który odbędzie się 4 kwietnia 2009 o godz. 15:50 w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej (ul. Joliot Curie 15, Wrocław). „Ringi medialne” to cykl otwartych spotkań, które dają szansę studentom oraz wszystkim zainteresowanym na spotkanie ze znamienitymi gośćmi ze świata mediów, polityki i nauki. W poprzednich edycjach Ringów w narożniku zostali postawieni m.in. Monika Jaruzelska, Monika Luft, Janina Paradowska, Dariusz Doliński, Maciej Sowiński, Sławomir Piechota, Jarosław Duda, Piotr Pytlakowski. W tegorocznej edycji, oprócz Tomasza Raczka, odpierać ciosy będą: Łukasz Grass, Magdalena Środa, Tomasz Siekielski i Andrzej Morozowski. Organizacja Ringów, ich oprawy oraz promocji, za którą odpowiedzialni są Słuchacze Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR, jest jednocześnie szansą na realizację projektu dużego eventu i jednym z elementów wymaganych do otrzymania dyplomu.

Polecamy

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Wizytówka


http://pu.i.wp.pl/?k=NDAxMTQ5NDAsNDkyODM4&f=Closeup.jpg

Lubię to