Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 742 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Idę do partacza

wtorek, 21 października 2008 10:36

Nowy film Krzysztofa Zanussiego „Serce na dłoni" pokazuje największy problem polskiego kina: niesolidność wykonania. Wystające fastrygi, wiszące guziki, nie wykończone rękawy. Coś, czego szanujący się fachowiec nigdy nie uznałby za skończoną pracę, u nas reklamuje się jak arcydzieło. Nie wierzycie? No to poczytajcie notę prasową dystrybutora, którą wiele kolorowych magazynów bezkrytycznie przedrukowuje: „Przebojowa czarna komedia Krzysztofa Zanussiego z gwiazdorską obsadą! Rewelacyjny czarny humor w wykonaniu jednego z mistrzów polskiej szkoły filmowej. Przewrotne zwroty akcji, świetny scenariusz i genialnie dobrana obsada, a wszystko pod czujnym okiem Krzysztofa Zanussiego." Dobre sobie!




Właśnie owego czujnego oka zabrakło najbardziej. Zanussi chciał się zabawić w Juliusza Machulskiego, ale zabrakło mu i lekkości, i dokładności w robocie reżyserskiej. Zadowolił się zaangażowaniem do obsady modnych serialowych aktorów (Borys Szyc, Maciej Zakościelny, Marta Żmuda-Trzebiatowska, Agnieszka Dygant) oraz Niny Andrycz i Dody jako ekscentrycznych kwiatków do kożucha a potem zostawił ich na planie właściwie bez pomocy. Stąd bierze się największy grzech filmu: każdy z aktorów gra po swojemu, w swojej manierze, a gdy jej nie ma - po prostu rozpływa się w powietrzu, jakby go w ogóle nie było.

Opowieść o chorym na serce szefie mafii, który podstępem chce skłonić młodego, załamanego niepowodzeniem życiowym chłopaka do samobójstwa, by móc wykorzystać jego zdrowe serce do transplantacji, mogłaby iskrzyć się od dowcipu i aktorskich popisów, gdyby zrealizowali ją na przykład bracia Coen. Ale Zanussiemu brakuje ich cierpliwości i drobiazgowości. Podejrzewam też, że zwyczajnie nie potrafi znaleźć prawdziwego porozumienia z aktorami; odgradza go od nich niewidzialna bariera jaką stwarza fakt, że temu reżyserowi zawsze bliżej było do roli intelektualisty niż artysty.

„Serce na dłoni" dzwoni więc głucho jak pęknięty, plastikowy dzwon, nie pobudzając nas ani do śmiechu, ani do refleksji. Puste słowa z marketingowych butnych zapowiedzi wywołują zaś rosnący deficyt emocji. Nina Andrycz gra jakby to była próba a nie spektakl (i to nawet nie generalna), Doda tylko i zaledwie śpiewa, w finale otwierając usta do playbacku z arią operową wykonywaną przez zawodową śpiewaczkę. Aktorzy z kolorowych okładek i  rankingów popularności statystują na planie niczym debiutanci. Jedno wielkie rozczarowanie.

Gdyby reżyser przyłożył się do zadania, być może udałoby mu się stworzyć w filmie klimat, którym przesiąknęliby wszyscy wykonawcy, połączyłby ich w jeden zespół, jedną konwencję, jedną przekorną bajkę. Ale do tego musiałby włożyć w to DUŻO WIĘCEJ ENERGII. I dużo lepiej zdawać sobie sprawę z tego, do czego dąży. Może wtedy byłaby szansa dla Szymona Bobrowskiego (najciekawszego w „Sercu na dłoni"), by stworzyć liczącą się w jego dorobku kreację aktorską?

Pamiętam z dzieciństwa, że gdy mój ojciec wybierał się do pobliskiego zakładu krawieckiego, mawiał: „idę do partacza". Zapytałem go kiedyś dlaczego tak o nim mówi i - jeśli jest taki kiepski - po co w ogóle do niego chodzi. Uśmiechnął się, choć nie był tym rozbawiony: „Mówię tak, bo to kiepski fachowiec a chodzę do niego, bo jest blisko i na poprawki krawieckie w rodzaju skrócenia nogawek talentu mu wystarczy."

Podobne zdanie mam o polskim kinie. I o Zanussim też! 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

Lans bez glansu

poniedziałek, 13 października 2008 13:33
Czy wiecie co to jest „trendsetter"? Ja też nie byłem pewien. Podejrzenia okazały się jednak słuszne: to ktoś, który wyznacza nowe trendy. Otóż zostałem trendsetterem :) Powiadomiono mnie o tym przez telefon, informując  zarazem, że zwyciężyłem w plebiscycie „ELLE  Trends Awards 2008" w kategorii „postać roku".



- Ale za co konkretnie ta nagroda? - dopytywałem, bo dopytywanie jest teraz w modzie.

- Za odwagę bycia sobą - usłyszałem w odpowiedzi - i za publiczne wyznanie, że jest pan gejem.

- A więc to jest nowy trend? - zdziwiłem się nie dowierzając, jak to mam w zwyczaju, ale ciesząc się na wszelki wypadek.

Uroczystość rozdania nagród rozwiała moje wątpliwości: dawno nie byłem na tak udanej imprezie. Co prawda Agata Passent narzekała w jednym z wywiadów, że co to za elegancka impreza, jeśli trzeba było chodzić po płytkach gresu z widoczną między nimi fugą, ale mnie brak czerwonych dywanów bardzo się spodobał.  

W ogóle miałem wrażenie, że zaproponowano tam nowy trend: lans bez glansu czyli bez nadmiernego mizdrzenia się, słodzenia, pretensjonalnego grania na emocjach i z lekka histerycznego falowania silikonowych piersi.

Nie było na gładko ani na lśniąco, nie było brokatów ani pasków z wielkim logo DOLCE&GABBANA albo GUCCI bo to już nie w modzie i nie było długo.  Widać w tym sezonie mówi się krótko, śpiewa się szybko i spuszcza się z siebie cały botoks i silikon, który wpompowywało w nas dotąd standaryzowane życie.

Duński duet wokalny JaConfetti pasował do tego planu jak ulał. Dziewczyny śpiewały energicznie i z wdziękiem, miały mocne głosy i duże pupy, których bynajmniej nie zamierzały ani odsysać, ani maskować. Cieszyły się śpiewaniem, nie mając najmniejszego zamiaru do nikogo się upodabniać.

Wręczający nie popisywali się, zapowiadający stali na drugim planie, by nie zasłaniać nagradzanych, a nagradzani podkreślali, że to wspaniałe żyć w kraju w którym mogą robić to, co kochają.

Aktorka - Marta Żmuda-Trzebiatowska, piosenkarka - Ania Dąbrowska, modelka - Anja Rubik oraz Sebastian Karpiel-Bułecka (Zakopower), Jarosław Kuźniar (TVN 24), Marcin Paprocki & Mariusz Brzozowski (projektanci mody) i Marcin Dorociński (następca Zbyszka Cybulskiego).

Oto aktualni trendsetterzy przypominający nam, że w tym sezonie nie należy przesadzać z glansem :))

Podziel się
oceń
1
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Dzień Kałużyńskiego

czwartek, 02 października 2008 16:13


Samorzutnie i oddolnie, przez nikogo nie prowokowana zrodziła się inicjatywa obchodów rocznicy śmierci Zygmunta Kałużyńskiego, czyli 30 września, jako święta kina.


Najpierw napisał do mnie pan Artur Zygmuntowicz: „Sprawa zaczęła się już w zeszłym roku, gdy w gronie znajomych (razem 5 osób) uczciliśmy pamięć Pana Zygmunta wyjściem na seans filmowy. Uznaliśmy, że pomysł jest trafiony, bo to o wiele lepsze niż spiżowy pomnik - a tak osobiście, to w wyobraźni widzę jak za kilka (kilkanaście lat) moja córka (która ma pojawić się wśród nas za miesiąc) oswojona z Dniem Kałużyńskiego spyta:

- Tato, a kim był ten Pan Kałużyński?

I wtedy zacznie się prawdziwa opowieść.


W tym roku, pamiętając o dacie rozesłałem wielu znajomym drogą elektroniczną pomysł na spędzenie tego wtorkowego wieczoru i odzew przeszedł najśmielsze oczekiwania - mam na tę chwilę ponad 30 deklaracji, wiem też, że idea jest przekazywana dalej, a ponieważ liczbę znajomych mam ograniczoną, postanowiłem podzielić się pomysłem."


Ucieszyłem się. Czy może być lepszy sposób uhonorowania wybitnego krytyka filmowego niż wspólne pójście - na jego cześć - do kina? Nic dodać nic ująć. Opowiedziałem o tym pomyśle znajomym a sam z Marcinem wybrałem się do kina w naszym ulubionym centrum handlowym na warszawskiej Sadybie. Było wtorkowe popołudnie, w repertuarze multipleksu znaleźliśmy kilkanaście filmów i... żadnego, naprawdę ŻADNEGO, który mielibyśmy ochotę obejrzeć. Familijne bawidełka, dziecięce animowane przekomarzanki, komedyjki ze scenariuszami tak przewidywalnymi, że aż przezroczystymi.


Przypomniałem sobie wtedy inne popołudnie, kilkanaście lat temu, gdy siedziałem z Zygmuntem Kałużyńskim w moim domu z telewizorem i odtwarzaczem wideo (Zygmunt odmawiał jeszcze wówczas posiadania tych sprzętów u siebie) i oglądaliśmy z kaset jeden po drugim filmy wprowadzane do dystrybucji wideo. Mieliśmy z nich wybrać jeden, by napisać wspólnie naszą recenzję-rozmowę. Wtedy też byłem rozczarowany repertuarem. Gdy oglądane filmy zaczynały przynudzać, zaproponowałem byśmy „podbiegli troszkę na szybkich". Zygmunt zaprotestował; to byłoby nie fair wobec twórców. Nigdy przecież nie wiesz - argumentował - czy w kiepskim filmie nie pojawi się choćby jedna scena, ujęcie, fragment dialogu noszące ślad talentu. Moglibyśmy je przeoczyć...


Jakże głupio się wtedy poczułem! Zygmunt dał mi lekcję skromności i na zawsze oduczył oglądania filmów „na skróty". Dobrze, pomyślałem teraz, niech będzie tak jak lubił Zygmunt - z uwagą, powoli, z czasem na refleksję - ale repertuar mogę przecież dobrać sobie sam. Zakręciliśmy się na pięcie i poszliśmy do naszego ulubionego kina... domowego. W odtwarzaczu znalazła się płyta z filmem „Motyl i skafander" a my poczuliśmy, że w Dniu Kałużyńskiego Zygmunt byłby z nas zadowolony :)


 

A jak było u Pana Artura? 1 października otrzymałem mailem dokładną relację: „Śpieszę z radosną informacją, że mimo kiepskiej pogody wyjście do kina z wiadomej okazji doszło do skutku. Mam też informację od znajomych o podobnych grupach z Mińska Mazowieckiego, Warszawy, Białegostoku, Szczecinka, Bielska Podlaskiego, Londynu i Wałbrzycha. Naszą akcję wsparło nawet wrocławskie radio RAM.  Jeśli chodzi o naszą, wrocławską grupę (bohaterem była moja żona - ze względu na 9 miesiąc ciąży!!!), to wybraliśmy się do kina WARSZAWA, na film NIEBO NAD PARYŻEM, do sali kameralnej (90 miejsc), goszczącej często 5-10 osób (odwoływanie seansu nie jest w tym kinie rzadkością - multipleksy zabierają widzów) i ku naszej radości było na sali około 40 osób, co mocno zdziwiło panią z kasy, jako że poprzedniego dnia było o wiele mniej widzów, a nawet jeden seans z braku chętnych został odwołany! Udało mi się podsłuchać rozmowę dwóch Pań, które rozmawiały o tym, że w radio RAM była zachęta, by wyjść do kina, no to się wybrały. Tyle w tym roku. Mam nadzieję, że w 2009, już nie ad hoc, uda się "pociągnąć" temat i mam już pewne pomysły."


Na koniec garść ważnych pytań: w kinie w Krotoszynie jest fotel z tabliczką „Zygmunt Kałużyński" - podobno będzie tam zawsze, zarezerwowany dla Zygmunta, gdyby zdecydował się „wpaść" by obejrzeć jakiś nowy film. Czy istnieje lub istniał na świecie jakiś inny krytyk filmowy, który byłby tak kochany i pamiętany przez widzów? Czy jakikolwiek inny krytyk ma swoje święto? I czy wy - drodzy czytelnicy tego blooga - zamierzacie Dzień Kałużyńskiego obchodzić?

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  311 373  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O mnie

Tomasz Raczek - krytyk filmowy, publicysta, wydawca oraz autor programów radiowych i telewizyjnych. Ukończył wydział wiedzy o teatrze w warszawskiej Akademii Teatralnej. Stworzył słynny duet z Zygmuntem Kałużyńskim znany z zażartych sporów o filmy prowadzonych zarówno w tv, jak i drukowanych w prasie i książkach. Laureat "Wiktora" oraz nagród za osiągnięcia w dziedzinie krytyki artystycznej (m.in. Nagrody im. Stanisława Wyspiańskiego).
Publikował na łamach "Rzeczpospolitej", "Polityki", "Teatru", "Kina", "The European", "The Montreal Gazette", "Wprost".
Jest autorem książek "Karuzela z idolami", "Pies na telewizję", "Karuzela z madonnami", "Karuzela z herosami" oraz napisanych wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim: "Perłowej ruletki", "Poławiaczy pereł", "Pereł do lamusa" i pięciotomowego leksykonu filmowego "Perły kina".+
Prowadzi własne wydawnictwo książkowe Latarnik, zajmujące się wydawaniem książek o mediach i pisanych przez ludzi mediów.
www.latarnik.com.pl

Zaproszenie

Mamy zaszczyt zaprosić Państwa na Ring Medialny z udziałem Tomasza Raczka organizowany przez słuchaczy Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR na Uniwersytecie Wrocławskim, który odbędzie się 4 kwietnia 2009 o godz. 15:50 w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej (ul. Joliot Curie 15, Wrocław). „Ringi medialne” to cykl otwartych spotkań, które dają szansę studentom oraz wszystkim zainteresowanym na spotkanie ze znamienitymi gośćmi ze świata mediów, polityki i nauki. W poprzednich edycjach Ringów w narożniku zostali postawieni m.in. Monika Jaruzelska, Monika Luft, Janina Paradowska, Dariusz Doliński, Maciej Sowiński, Sławomir Piechota, Jarosław Duda, Piotr Pytlakowski. W tegorocznej edycji, oprócz Tomasza Raczka, odpierać ciosy będą: Łukasz Grass, Magdalena Środa, Tomasz Siekielski i Andrzej Morozowski. Organizacja Ringów, ich oprawy oraz promocji, za którą odpowiedzialni są Słuchacze Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR, jest jednocześnie szansą na realizację projektu dużego eventu i jednym z elementów wymaganych do otrzymania dyplomu.

Polecamy

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 311373

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Wizytówka


http://pu.i.wp.pl/?k=NDAxMTQ5NDAsNDkyODM4&f=Closeup.jpg

Lubię to