Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 202 477 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zaproszenie: spotkajmy się osobiście!

niedziela, 04 października 2009 19:20
Serdecznie zapraszam na wieczór poświęcony najnowszej książce firmowanej przez duet KAŁUŻYŃSKI & RACZEK - "Alfabet na 4 ręce". Musiało minąć aż pięć lat od śmierci Zygmunta Kałużyńskiego, bym poczuł się gotowy wydać drukiem nasze ostatnie, bardzo osobiste rozmowy. Teraz jestem już gotowy przedstawić je osobioście...



Aby wejść do klubu VELVET wystarczy powołać się na to zaproszenie na bloogu :)
Zapamiętajcie: 7 października (środa) o 19.00, Klub VELVET w warszawskich Złotych Tarasach (II poziom Multikina)
Do zobaczenia!

Podziel się
oceń
77
6

komentarze (131) | dodaj komentarz

Powrót do Brideshead: arystokratka w moherowym berecie

wtorek, 24 marca 2009 10:48
Trudno o dzieło tak antykatolickie w swojej wymowie jak poczciwy angielski bestseller Evelyna Waugh - „Powrót do Brideshead". Ta wydana w 1945 roku powieść, pisana była przez 40-letniego autora w czasie przepustek z frontu II wojny światowej i była przykładem świata alternatywnego: jej akcja nie rozgrywała się pośród okopów i huku działań wojennych lecz w luksusach i pałacowych wnętrzach rozbawionej arystokratycznej Anglii lat 30.



Waugh był trudnym facetem. Pchał się na wojnę, ale nie miał zdolności wojskowych. Dzięki przyjaźni z Randolphem, synem premiera Churchilla, został kapitanem brytyjskich marines, ale nie miał posłuchu wśród podwładnych: dowcipkowano nawet, że ci ostatni chętniej strzelaliby do niego niż do wroga. Często wysyłano go więc na zaplecze frontu, żeby mógł pisać swoje powieści.

W „Powrocie do Brideshead" dokonał swoistego podsumowania swojego przedwojennego życia. Skonstruował pamiętnik, w którym niczym w krzywym satyrycznym zwierciadle pokazał wszystko, co było dla niego ważne: główny bohater, Charles Ryder, tak jak on pochodzi z londyńskiej klasy średniej, otrzymuje staranne konserwatywne wykształcenie w szkole anglikańskiej, co czyni go - na opak - agnostykiem, zdaje na studia w Oksfordzie, gdzie z jednej strony przeżywa przygodę homoseksualną a z drugiej - poznaje podziwiany przez siebie świat angielskiej arystokracji.



Dokładnie tak samo było w życiu Evelyna Waugh! Nieszczęśliwe małżeństwo z córką lorda Burghclere zakończyło się skandalem i rozwodem...


Talent satyryczny, jaki uczynił z Waugh „następcę Georga Bernarda Shaw", pozwolił mu nie tylko z pasją i złośliwością karykaturować przedwojenną Anglię, ale także rozprawić się z czymś co stanowiło dla niego prawdziwy problem: z wpływem religii na życie znanych mu rodzin. Prawdziwą bohaterką powieści stała się Lady Marchmain, bogata arystokratka, która swoim doktrynalnym katolicyzmem zatruwa życie swoich najbliższych i w rezultacie doprowadza do rozpadu rodziny.



Dla Waugh katolicyzm to była ważna sprawa. Najpierw jego starszego brata wyrzucono z katolickiej szkoły za to, że opisał panującą w niej obyczajową rozwiązłość a jemu samemu zakazano do niej wstępu. Potem - w trakcie studiów w Oxfordzie i swojego homoseksualnego epizodu - przyjął postawę laicką, by około trzydziestki dokonać konwersji i zostać wierzącym katolikiem, ożenić się z kolejną katolicką arystokratką i mieć z nią siedmioro dzieci...




Postać Lady Marchmain jest więc satyrą na obie strony: oskarżeniem i prowokacją zarazem; groteską i lamentem. I tak właśnie zobaczyła ją w najnowszej ekranizacji „Powrotu do Brideshead" Emma Thompson, pozostająca bez wątpienia główną atrakcją tego przedsięwzięcia. W jej interpretacji Lady Marchmain jest karykaturą, która zamienia się w posągową bohaterkę z greckiej tragedii znoszącą z wyniosłą pokorą wyrok Losu. Jest powściągliwa i wytrawna niczym dobre wino - bez przerysowań i folgowania pragnieniu zwrócenia na siebie uwagi. Silna twardością wielkanocnej wydmuszki.




Pozostałe aspekty tej ekranizacji w reżyserii Juliana Jarrolda nie odbiegają od dobrej profesjonalnej przeciętnej brytyjskiego kina: nienaganny styl, wiarygodna scenografia, starannie zaprojektowane kostiumy i pociągająca aura pierwszej połowy XX stulecia. Opowieść toczy się nieśpiesznie, ale płynnie - bez potknięć i fałszów, czyli tak jak przyzwyczaiły nas do tego choćby filmy z wielkiej klasyki Jamesa Ivory'ego (Pokój z widokiem, Maurice, Powrót do Howards End czy Okruchy dnia).

W pamięci zostają obrazy „rozpustnych" studentów z Oksfordu, libertyńska Wenecja i konserwatywny pałac w Brideshead z górującym nad nim cieniem właścicielki: surowej i nieszczęśliwej Lady Marchmain, która wierzy, że to co piękne, dobre i szczęśliwe spotka ją dopiero po śmierci...

Podziel się
oceń
27
2

komentarze (53) | dodaj komentarz

Vicky Cristina Barcelona - felieton wizualny

poniedziałek, 09 marca 2009 19:05
Najnowszy film Woodego Allena, za udział w którym Penelopa Cruz otrzymała Oscara, trudno uznać za film. To raczej rodzaj literackiego felietonu, opowiedzianego za pomocą środków wizualnych. Nie ma tu jednak widowiska. To raczej allenowsko dowcipne mamrotanie neurotyka na temat miłości. Bez przekonania i bez odkrywania Ameryki. Bo mamy tu raczej odkrywanie Europy...



Allena zasypano za ten film pochwałami, czuję się więc nieswojo nie podzielając ogólnego entuzjazmu. Jednak nie słyszałem w „Vicky Cristinie Barcelonie" naprawdę dowcipnych dialogów, jak te z „Manhattanu" czy „Annie Hall" (mimo że pisze się tu i tam, że właśnie są dowcipne) zaś refleksja o istocie miłości, z jaką tu się spotykamy nie ma w sobie ani świeżości ani lekkości, ani wdzięku. Jest za to w niej sporo wysiłku w upozowaniu się na styl „almodovarowski".

To, co inni nazywają przyczyną sukcesu nowego filmu Woodego Allena ja uważam za słabość. Fascynacja hiszpańską emocjonalnością widzianą przez filtr estetyki Pedro Almodovara dodaje co prawda stylowi Allena efektowności, ale świadczy też o jego wypaleniu. Historia dwóch Amerykanek, które postanawiają spędzić wakacje w Barcelonie i poszukać tu inspiracji dla siebie a popadają w zawirowanie miłosne za sprawą zmysłowego hiszpańskiego malarza, granego przez bardzo seksownego Javiera Bardema, ma w sobie coś z fałszywej fascynacji Europą typowej dla amerykańskiej inteligencji.



Europa jawi się w tej optyce jako ziemia nieokiełznana, pełna dziwaków i szaleńców. Uosabia ją była żona naszego malarza, Maria Elena, grana przez Penelope Cruz. Zaangażowanie tej aktorki też zresztą było ukłonem w stronę Almodovara, który niegdyś ją wylansował. Czy Cruz rzeczywiście gra oscarowo? Hmm... jest ekspresyjna co na tle grających „szemrząco" Scarlett Johansson (duże rozczarowanie) i Rebeki Hall wygląda efektownie. Ale tylko tyle. O żadnej kreacji nie ma mowy.



Allen inteligentnie posługuje się pożyczonymi rzeczami Almodovara robiąc wrażenie, że o coś mu chodzi. Ale tak nie jest. Poziom refleksji na temat „czym jest miłość, czym namiętność, czym skazanie na siebie" nie odbiega niestety od złotych myśli znanych z prasy kobiecej. To nie jest poziom ostrego jak brzytwa i dowcipnego honorowego błazna z Nowego Jorku!



Mam wrażenie, że felieton (i ten prasowy, i filmowy) to gatunek anachroniczny, typowy dla inteligencji XX wieku. W naszym nowym wieku wygląda jak zabawny bibelot bez konkretnego zastosowania. Taki też jest ten film. Można obejrzeć, ale nie warto obiecywać sobie po nim zbyt wiele...

Podziel się
oceń
11
3

komentarze (57) | dodaj komentarz

Tatarak - introwertyczny przekładaniec

niedziela, 22 lutego 2009 19:55
Oglądałem „Tatarak" w najbardziej sprzyjających okolicznościach: w Berlinale Palast podczas konkursowego pokazu w ramach 59 Festiwalu Filmowego w Berlinie. Był późny wieczór 13 lutego, piątek. Na ten pierwszy publiczny pokaz nowego filmu przybył osobiście reżyser, Andrzej Wajda otoczony swoją ekipą. Nie było w niej co prawda Krystyny Jandy, ale byli odtwórcy głównych ról męskich: Jan Englert i Paweł Szajda.



Wypełniający szczelnie salę widzowie przywitali Wajdę owacją na stojąco. Nie ulegało wątpliwości: traktowano go tutaj jak wielkiego reżysera, który pozostaje dla innych twórców kina niepodważalnym autorytetem. A premierę „Tataraku" uznano niejako awansem za ważne wydarzenie festiwalu. Tak samo przyjmowano tu kiedyś film Felliniego, „Ginger i Fred". Pamiętam tamten nastrój, tamtą konferencję prasową i wspólne na niej wystąpienie Felliniego i Giulietty Masiny... Ile trzeba osiągnąć, żeby zasłużyć na taki kredyt zachwytu! I jak trzeba wtedy uważać na błędy...


„Tatarak", zrealizowany został na motywach opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, ale zaczyna się od całkiem innej historii: od opowieści Krystyny Jandy o chorobie i umieraniu jej męża, wybitnego operatora filmowego, Edwarda Kłosińskiego.



Pojawia się w wystylizowanym na obraz Edwarda Hoppera kadrze - jakiś obszerny ledwie umeblowany pokój (hotelowy?), jakieś okno nie zachęcające by przez nie wyjrzeć, jakby niewychodzące na świat. Stojące w bezruchu powietrze, starannie dobierane słowa, zdziwione własnym pragmatyzmem emocje.


Przez chwilę wygląda to na filmowy monodram, ale zaraz pojawia się druga warstwa przekładańca: paradokumentalny zapis przygotowań ekipy filmowej do ekranizacji opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza - „Tatarak". Wajda ćwiczy z aktorami (znowu Janda i Jan Englert) czytanie kwestii aktorskich, operator ustawia kadry, oświetleniowcy światło, scenografowie rekwizyty.



Potem zacznie się właściwa opowieść: o żonie doktora (Janda), mieszkającej z nim po wojnie w małym polskim mieście nad Wisłą, u której mąż (Englert) odkrywa zaawansowanego raka, ale postanawia jej o tym nie mówić. Zbliża się lato, którego pani Marta może już nie przeżyć. I właśnie wtedy pojawia się w życiu bohaterki młody chłopak, Boguś (Paweł Szajda). Spotykają się przypadkiem w czasie potańcówki nad Wisłą. Nie tańczą: on gra w karty z kolegami, ona rozmawia z koleżanką i częstuje ją "płynnym owocem". Ale przyciągają się. Boguś okazuje się przypomnieniem młodości, swoistym prezentem od losu a Marta nie zamierza tego odrzucać.




Trzywarstwowy przekładaniec z tataraku ma różne smaki: warstwa Jandy (hopperowski monodram) jest wytrawna i ciemna jak gorzka czekolada, ale w dobrym gatunku - pozbawiona kwaśnej nuty; warstwa Wajdy (obrazki z planu w stylu „Wszystko na sprzedaż") - jest lekko winna  niczym zaimprowizowana sałatka skropiona sosem vinegrette; warstwa Iwaszkiewicza (opowieść o pani Marcie i Bogusiu, zrealizowana w klimacie „Śmierci w Wenecji" Viscontiego) zwodzi pozorną słodyczą, która szybko zamienia się za sprawą gorzkich ziół w smak ściskający gardło.




„Tatarak" przyjęto w Berlinie z powagą należną dziełu mistrza. Nie było jednak entuzjazmu, uniesień, okrzyków ani prób udowodnienia, że obejrzeliśmy arcydzieło. Bo to nie jest zapierający dech artystyczny piruet lecz raczej rodzaj ćwiczeń z tematu „śmierć", wykonanych przez parę dojrzałych artystów, będących w tym momencie życia, gdy mówi się ściszonym głosem: bez emfazy, bez złotych myśli i emocjonalnej koloratury. Szlachetnie.




Wajda otrzymał w Berlinie nagrodę im. Alfreda Bauera dla reżysera, który „wyznacza nowe perspektywy sztuki filmowej". To - paradoksalnie - najwłaściwsza forma docenienia tego, co zrobił. Ta nagroda nie kłamie; skromnie ale dobitnie przypomina, że taki introwertyczny przekładaniec z tataraku jest równie ważnym powołaniem filmu jak robienie popisowych widowisk. A wkrótce - być może - okaże się potrzebny jeszcze bardziej, bo ilość zagrożeń, a co za tym idzie najpierw lęków a potem strat, w naszym życiu nie tylko nie maleje, ale wzrasta.

Nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, czy warto iść na "Tatarak" do kina. Odpowiedź zależy bowiem nie od wartości filmu, lecz od dyspozycji widza.

Jeśli ten ostatni jest w fazie "out", polegającej na wyrzucaniu z siebie zbędnej energii i zachłannym rozglądaniu się w poszukiwaniu karmy dla oczu i swoich emocji, może go "Tatarak" znużyć a nawet - nie daj Boże - zdołować. Wtedy należy uważać i nie obiecywać sobie po wizycie w kinie zbyt wiele.

Jeśli jednak widz przeżywa fazę "in", zagląda w siebie trochę z ciekawością a trochę z lękiem i czuje że aby zrobić porządek z tym co widzi, potrzebuje wsączyć w siebie parę kropel oliwy refleksji, "Tatarak" jest dla niego. Nawilża duszę łagodnie i niepostrzeżenie, w fałdach półcieni skutecznie ukrywa egzystencjalny strach.



Luchino Visconti malował swoje pożegnanie z młodością, radością, życiem na tle ogarniętej epidemią Wenecji. Tylko młodziutki Tadzio na pustoszejącej plaży przypominał o tym, co nieuchronnie mijało. Wajda potrzebował na tło dla Bogusia plaży nad Wisłą i sylwetki Grudziądza w oddali. Obyło się bez epidemii: pożegnanie zawsze znajdzie okazję, by zrobić sobie entrée...

 

Podziel się
oceń
7
1

komentarze (43) | dodaj komentarz

Berlinale

wtorek, 10 lutego 2009 13:14


Pozdrowienia z festiwalu filmowego w Berlinie. Już wkrótce opiszę co widziałem (w kinie) i słyszałem (w kuluarach). Szczególnie cieszę się na prapremierę nowego filmu Andrzeja Wajdy pt. "Tatarak" z Krystyną Jandą w roli głównej. Szczególnie - bo to adaptacja bardzo lubianej przeze mnie prozy Jarosława Iwaszkiewicza a poza tym film Wajdy NARESZCIE JEST W KONKURSIE!

Podziel się
oceń
4
1

komentarze (31) | dodaj komentarz

czwartek, 25 sierpnia 2016

Licznik odwiedzin:  296 427  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

Tomasz Raczek - krytyk filmowy, publicysta, wydawca oraz autor programów radiowych i telewizyjnych. Ukończył wydział wiedzy o teatrze w warszawskiej Akademii Teatralnej. Stworzył słynny duet z Zygmuntem Kałużyńskim znany z zażartych sporów o filmy prowadzonych zarówno w tv, jak i drukowanych w prasie i książkach. Laureat "Wiktora" oraz nagród za osiągnięcia w dziedzinie krytyki artystycznej (m.in. Nagrody im. Stanisława Wyspiańskiego).
Publikował na łamach "Rzeczpospolitej", "Polityki", "Teatru", "Kina", "The European", "The Montreal Gazette", "Wprost".
Jest autorem książek "Karuzela z idolami", "Pies na telewizję", "Karuzela z madonnami", "Karuzela z herosami" oraz napisanych wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim: "Perłowej ruletki", "Poławiaczy pereł", "Pereł do lamusa" i pięciotomowego leksykonu filmowego "Perły kina".+
Prowadzi własne wydawnictwo książkowe Latarnik, zajmujące się wydawaniem książek o mediach i pisanych przez ludzi mediów.
www.latarnik.com.pl

Zaproszenie

Mamy zaszczyt zaprosić Państwa na Ring Medialny z udziałem Tomasza Raczka organizowany przez słuchaczy Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR na Uniwersytecie Wrocławskim, który odbędzie się 4 kwietnia 2009 o godz. 15:50 w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej (ul. Joliot Curie 15, Wrocław). „Ringi medialne” to cykl otwartych spotkań, które dają szansę studentom oraz wszystkim zainteresowanym na spotkanie ze znamienitymi gośćmi ze świata mediów, polityki i nauki. W poprzednich edycjach Ringów w narożniku zostali postawieni m.in. Monika Jaruzelska, Monika Luft, Janina Paradowska, Dariusz Doliński, Maciej Sowiński, Sławomir Piechota, Jarosław Duda, Piotr Pytlakowski. W tegorocznej edycji, oprócz Tomasza Raczka, odpierać ciosy będą: Łukasz Grass, Magdalena Środa, Tomasz Siekielski i Andrzej Morozowski. Organizacja Ringów, ich oprawy oraz promocji, za którą odpowiedzialni są Słuchacze Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa i PR, jest jednocześnie szansą na realizację projektu dużego eventu i jednym z elementów wymaganych do otrzymania dyplomu.

Polecamy

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 296427

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Wizytówka


http://pu.i.wp.pl/?k=NDAxMTQ5NDAsNDkyODM4&f=Closeup.jpg

Lubię to